Google Website Translator

piątek, 10 lutego 2012

JAK POPULARYZOWAĆ NAUKĘ? - część trzecia


I tak oto dochodzimy do trzeciego już postu z serii “Jak popularyzować naukę?”. Wpierwszej części pisałam o trochę nieuniknionym charakterze artykułów pop-sci i tego konsekwencjach. W części drugiej natomiast poszłam trochę dalej i opisałam możliwe zagrożenia płynące ze spłycania artykułów naukowych przez niekompetentnych dziennikarzy. Chciałam, by powiało tycią konrowersją, ale w tym poście chcę wszystko sprostować i wyjaśnić jak widzę popularyzowanie nauki w idealnym świecie.
Pisałam wcześniej, że dziennikarstwo naukowe często ma w sobie coś z “sensjacjonizmu”, pisaniny o przełomowych badaniach niosących prawdy ostateczne. I wiele osób czuje się oszukanych, bo oto proszę jednego dnia słyszymy, że spożywanie oliwy zapobiega rakowi jelita, a za chwilę, że może jednak nie. Raz, że lepiej jeść borówki, a innym razem, że orzechy włoskie. No i co w końcu z tą dietą Duncana, dobra czy niedobra? Naturalnie takie nieporozumienia wynikają z niezrozumienia mechanizmów działania nauki.
I choć teoretycznie naukowcy powinni najlepiej się nadawać do wyjaśniania i popularyzownaia  nauki, nie zawsze im to wychodzi. Często brakuje im warsztatu, stylu, technik.. choć pewnie najczęściej chęci. Na polskich uniwersytetach nawet nauczanie studentów stoi trzy priorytety poniżej robienia badań, a szerzej zakrojona popularyzacja nauki to jakaś fanaberia na jaką tylko emerytowani profesorowie mogą sobie pozwolić.
Tak więc jasne jest dla mnie, że oba te światy – nauki i dziennikarstwa – nie mogą działać niezależnie przy mądrym i dobrym wyjaśnianiu nauki. Niemniej oba te światy muszą zmienić podejście w kilku kwestiach:
DZIENNIKARZE powinni zabrać się do popularyzacji wiedzy jak do pisania raportu: mamy jakieś doniesienie naukowe– co ono oznacza? Czy możemy temu ufać? Co mówią różne strony zaangażowane (i nie) w tę sprawę? Czy jest coś o czym nie wiemy, a co powinniśmy wiedzieć?
Wtedy naukowcy, z którymi przeprowadza się wywiad/prosi o komentarz stają się partnerami w rozwiązywaniu zagadki.
NAUKOWCY powinni zejść z piedestałów i przyznać, że mówienie niewyrafinowanym i niehermetycznym językiem o swoich/czyichś badaniach zupełnie nauce nie urąga. Mało tego, moim zdaniem powinno być to integralną częścią zawodu “naukowiec”, równie ważną jak produkowanie i publikowanie wyników badań. I w końcu, kluczowe jest pokorne przyznanie, że dziennikarze mogą pomóc w skutecznym i atrakcyjnym prezentowaniu naszych badań i ich znaczenia nie-specjalistom.
Tak więc nawiązując do poprzedniego posta: to nie tak, że naukowcy są dobrzy, a dziennikarze źli. Mamy dobrych i zlych naukowćow, jak i dziennikarzy i powierzenie popularyzacji nauki tylko jednemu z tych światów nie przyniesie niczego dobrego.
No dobra, wszystko pięknie, ale nawet najlepsze połączenie sił naukowców i dziennikarzy nie pomoże uniknąć spłyceń artykułów popularno-naukowych. Co robić? Właśnie tutaj pojawia się miejsce dla pewnego wysiłku ze strony czytelnika.  Aby uniknąć nieporozumień, czytelicy powinni wiedzieć jak nauka działa, na czym polega i co, w efekcie, takie ‘reaktywne’ notki naukowe znaczą. Pójdę nawet dalej i powiem, że nie tylko czytelnicy powinni mieć WIEDZĘ na temat naukowej metodologii, ale też sami powinni wykazywać się KRYTYCZNYM MYŚLENIEM: Czy to jedyna słuszna interpretacja tych badań? Na czym opierają się te wyniki? Czy ktoś ma interes w tym, bym uwierzył/a w tę informację?
Bo tym jest dla mnie prawdziwa popularyzacja wiedzy – nie tylko oznajmianiem faktów i wyników. Dla mnie popularyzacja nauki jest tożsama z promowaniem krytycznego myślenia i zdrowego rozsądku. To angażowanie społeczeństwa w sprawy nauki – sprawy dla nas wszystkich istotne - i dzielenie zachwytu i fascynacji jaki wysiłek intelektulny z sobą niesie.
Ale jak wymagać takiej wiedzy i takiego podejścia od zwykłego zjadacza chleba? Bez żadnej przesady i z całkowitą powagą z mojej strony powiem, że te rzeczy powinny być powszechnie uczone w szkole, i to od jak najwcześniejszych lat– tak jak język polski i matematyka, jak język angielski. A byłoby czego uczyć: skąd wiemy, to co wiemy? Czego nie wiemy i być może nigdy wiedzieć nie będziemy? Jak rozpoznać intelektualny kicz od informacji godnej zaufania? Dlaczego dzięki nauce między innymi latami samolotami i lądujemy na Księżycu, a dzięki filozofii nie?
Moje powyższe twierdzenie może wywołać trochę kontrowersji, bo ktoś rzuci: po co tyle zachodu? Po co poświęcać tyle czasu i pieniędzy na nowe kursy, dodatkowe zajęcia i szkolenia nauczycieli? – żeby ludzie powszechnie rozumieli artykuły popularno-naukowe? Czyli raz jeszcze: po co popularyzować naukę?
Ale to już pytania na kolejny wpis… :)

Do przeczytania wkrótce!

7 komentarzy:

  1. Według obowiązujących standardów wymagań egzaminacyjnych (polska matura z biologii), zdający "odnosi się krytycznie do tekstu lub danych, np. oddziela fakty od opinii, wskazuje: niespójności, błędy logiczne, niewłaściwą metodykę".

    W Maturze Międzynarodowej (International Baccalaureate) krytycznemu myśleniu poświęcony jest osobny kurs, Theory of Knowledge (TOK). W jednym z wcześniejszych komentarzy pisałam też o ćwiczeniach praktycznych (obejmujących m. in. samodzielne planowanie doświadczeń i analizowanie ich wyników) obowiązujących w tym programie w ramach przedmiotów przyrodniczych.

    Zatem teoretycznie wszystko jest w porządku, gorzej z wykonaniem. Bo jaką motywację do rozwijania krytycznego myślenia na zajęciach ma uczeń czy nauczyciel, gdy najlepszym sposobem na przygotowanie do egzaminu (a to jego wynik ma największe znaczenie w rekrutacji na studia) pozostaje rozwiązywanie arkuszy z poprzednich lat?

    PS Pitagoras i Euklides chyba nie zgodziliby się ze stwierdzeniem, że "dzięki nauce (...) latami samolotami i lądujemy na Księżycu, a dzięki filozofii nie" :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Niestety z krytycznym myśleniem w szkole jest źle. Uczeń może być jeszcze krytyczny do nauczyciela ale niekoniecznie do zakutych informacji. Ja lubiłem bawić się z polonistkami. Jako że często byłem jedną z nielicznych osób które skończyły na czas lekturę (przy Potopie byłem jedyny) to przy omawianiu podsuwałem nieszkolne klucze interpretacyjne. Gdy omawialiśmy Tango na zapytania polonistki jak można nazwać postawy głównych bohaterów tak kluczyłem, aby nie użyć słów "mędrek i cham", a polonistka tak naprowadzała aby ktoś na nie w końcu wpadł. A to dlatego że 40 lat temu Błoński tak określił postaci i dziś jest to kanon nauczycielstwa. A jak przyszło co do czego, to podyktowana notatka i tak zawierała wszystkie te dogmatyczne określenia jakie powinna posiadać.

    Skoro tak, trudno później aby tak wykształcony konsument nie przyjmował wprost cokolwiek tylko zostanie mu na piśmie przedstawione. Czy popularyzator nauki ma zasiewać zwątpienie? Nie zaszkodziłoby podsunąć paru okruchów sceptycyzmu. Tak na prawdę problemy popularyzacji są dwa - co też takiego wziąć na cel i jak trafiać prosto w głowę (dylemat snajpera).
    Ja pisząc na swoim blogu o chemii, biorę się głównie za tematy krążące już po świecie, ostatecznie jednak nie wiem kto jest moją grupą docelową, stąd może nie zbyt równy styl - dokładne opisy przeplatają się ze swobodnymi objaśnieniami i luźnymi uwagami. Wychodzę z założenia, że mniej obeznany w tematyce wyłuska co zrozumialsze akapity, a bardziej obeznany nie będzie narzekał, że coś zostało nadmiernie uproszczone. Zacząłem jednak na końcu dłuższych notek zamieszczać ogólne wnioski, co chyba zdaje egzamin, bo ten który utknął przy jakimś wzorze reakcji przewinie post do końca i znajdzie objaśnienie "i co właściwie z tego wszystkiego wynika".

    Natomiast jakieś zajęcia na studiach jak pisać teksty bardzo by się przydały. Sam niedawno męczyłem się z licencjatem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzień dobry!
    Bardzo fajny blog i cieszę się, że tu trafiłem :)

    "Na polskich uniwersytetach nawet nauczanie studentów stoi trzy priorytety poniżej robienia badań, a szerzej zakrojona popularyzacja nauki to jakaś fanaberia na jaką tylko emerytowani profesorowie mogą sobie pozwolić"

    Szczera prawda, tyle, że na większości uczelni płaci się za nauczanie a wymaga punktów za publikacje (takie małe rozdwojenie jaźni) - więc priorytet sam się ustala. Ostatnio miałem rozmowę z dziekanem, który zwórcił uwagę, że wiele przedmiotów prowadzą ludzie wypaleni. Na sugestię, że może zacząć jakoś motywować pracowników (np. najlepsi wykładowcy mogą dostać parę złotych...) szybko zmienił temat.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Ilonku: zgadzam się z Tobą zupełnie jeśli chodzi o to co w teorii, a co w życiu. Dodałabym jeszcze, że w Polsce nie pomaga bardzo słaba kondyncja laboratoriów szkolnych - albo w ogole nie istnieją, albo są w opłakanym stanie. W takim razie skąd taki uczeń może wiedzieć, że nawet najlepiej opisane eksperymenty są obarczone błędem? A co do Pitagorasa... no dobrze, zgodzę się, że z antycznymi fiozofami przyrody było troszkę inaczej ;) @zaciekawiony: dzięki za dzielenie się własnymi doświadczeniami! myślę, że w przypadku blogów bardzo trudno zorientować się kto tak naprawdę je czyta i do jakiej dokładnie grupy je adresować. Z drugiej strony czytelników jest taka masa, że na pewno każdy znajdzie swoją niszę :) @bborczyk: zastanawiam się nad reakcją Twojego dziekana - czy to dlatego nie chce on płacić dobrym wykładowcom bo wydział na to nie stać czy dlatego, że obawiałby się polityczno-osobistych niesnasek?A może po prostu myśli, że nie warto, bo studenci i tak będą studiować niezależnie od wszystkiego? Co o tym myślisz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do nauki o nauce wcale nie potrzeba wymyślnego laboratorium. W celu wyjaśnienia tego kryptycznego stwierdzenia zapraszam do mnie jutro po trzeciej (wcześniej tekst nie będzie widoczny). A tymczasem inny ciekawy news w podobny deseń tutaj.

      Usuń
  5. Graficznie można to przedstawić w ten sposób: http://www.phdcomics.com/comics/archive.php?comicid=1174

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. od 3 lat na tym screnie się nic nie zmieniło tak samo jak w przyrodzie :)

      Usuń