Google Website Translator

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 grudnia 2013

COŚ CIEKAWEGO DO POSŁUCHANIA

Ostatnie miesiące - wypełnione karmieniami, zmianami pieluch i usypianiem małego niemowlaka - nauczyły mnie, że dostęp do tv czy komputera może być ograniczony przez większość dnia. Jak nie zwariować i mieć ciągle szanse dowiedzieć się czegoś ciekawego bez konieczności czytania stron www czy gazet? Doskonałym rozwiązaniem okazały się dla mnie podcasty naukowe. Pisałam o podkastach już wcześniej, bardziej ogólnie, dlatego tym razem chcę się tylko pochwalić nowymi odkryciami.



Platforma Sticher jest doskonałym źródłem różnego rodzaju stacji radiowych i podcastów - na ich stronie można przeczytać, że oferują ich ponad 20 000! Tak więc jest w czym wybierać.


Poza tym, na Sticherze można znaleźć programy i stacje naukowe tworzone przez National Public Radio (NPR), a wśród nich już kiedyś wspomniane Radio Lab (doskonały program mówiący o nauce z zacięciem, fascynujący nie tylko dla laików). Znajdzieciemoje nowe odkrycie dotyczy innego ich programu: TED Radio Hour. Jestem przekonana, że znacie dobrze platformę TED, z tysiącami wykładów i opowieści na chyba wszystkie możliwe tematy. Teraz wyobraźcie sobie jakieś zagadnienie: sukces, nieporozumienia, szczodrość... i teraz TED Radio Hour przez prawie godzinę omówi je ze współudziałem najlepszych mowców z TEDa, prezentując ich historie i pomysły. Bardzo, bardzo wciągające i pouczające, plus wskazuje wam ciekawe wyklady na samym TEDzie.  Osobiście polecam program poświęcony sukcesowi: czym jest? jak go pojmujemy? jak go osiągnąć? :)


Tak więc następnym razem gdy musicie usypiać 3-miesięcznego, przygotować 472595629 próbek w labie albo cokolwiek równie czaso- , ale nie mózgo-chłonnego, spróbujcie podcastów, pomogą wam pozostać przy zdrowych zmysłach :)

Do przeczytania wkrótce!

wtorek, 17 grudnia 2013

"PRZESTAŃCIE MARNOWAĆ PIENIĄDZE NA SUPLEMENTY DIETY!"

Jakiś czas temu pisałam o chwiejnych podstawach rozszczeń producentów suplementów diety o ich pozytywnym wpływie na nasze zdrowie czy funkcje myślowe. Wspomniałam, że ich zażywanie ma sens tylko wtedy, gdy jesteśmy pewni, że cierpimy na niedobór konkretnych witamin czy mikroelementów. Ale czy na pewno? Tak, na pewno.

Najnowsze Annals of Internal Medicine opublikowało niedawno wyniki aż trzech dużych badań naukowych, które mówią jasno: przestańce marnować pieniądze na witaminy i inne suplementy diety! [1]

Pierwsze podsumowanie kilku badań, w których w sumie udział wzięło ponad 400 000 uczestników, nie pokazało żadnego istotnego wpływu suplementów multiwitaminowych na śmiertelność [2]. W drugim badaniu nie znaleziono dowodów na to, by suplementy multiwitaminowe spowalniały spadek funkcji poznawczych u osób starszych, nawet po 12 latach ich regularnego zażywania! To z kolei zostało przeprowadzone na ponad 5000 uczestników [3]. I w końcu, wysokie dawki suplementów diety nie miały wpływu na ryzyko wystąpienia ponownego zawału serca u osób, które już raz taki zawał przeszły. To kolejne 1700 osób [4].

Źródło: flickr


Czy takie wyniki zaskakują? No nie! Bo jak witaminy mają pomagać, skoro nie cierpimy na ich brak? Współczesna dieta Zachodu jest najczęściej na tyle zbalansowana, by zapewnić nam odpowiedni poziom odżywienia (nie mówię tutaj o przypadkach skrajnych diet, ale one nie reprezentują "populacji generalnej").  Dlatego redaktorzy tego czasopisma naukowego nie kryją oburzenia wobec sztuczek i chwytów reklamowych producentów suplementów, gdzie się sugeruje, że nasza dieta jest "niewystarczająca", "niezdrowa" czy "wybrakowana", w związku z czym branie suplementów diety jest niezbędne. A prawda jest taka, że jemy za dużo, a nasza dieta jest co najmniej adekwatna [1].

Teraz jestem tylko ciekawa, czy te wiadomości trafią do szerszego grona konsumentów. Bo za suplementami diety idą grube pieniądze - wszak w samej Wielkiej Brytanii regularnie zażywa je co trzecia osoba! Podejrzewam, że w Polsce ta proporcja może być jeszcze większa. Kto więc zapłaci za upowszechnienie informacji o tym, że suplementy diety nic nie dają?

A ty? Czy ty zażywasz jakieś witaminy lub mikroelementy? Jeśli tak, daj znać, jeśli po przeczytaniu tego artykułu zmieniłeś/aś zdanie :)



REFERENCJE


[1] GUALLAR, E., STRANGES, S., MULROW, C., APPEL, L. J. & MILLER, I. I. I. E. R. (2013) Enough Is Enough: Stop Wasting Money on Vitamin and Mineral Supplements. Annals of Internal Medicine, 159, 850-851.

[2] FORTMANN, S. P., BURDA, B. U., SENGER, C. A., LIN, J. S. & WHITLOCK, E. P. (2013) Vitamin and Mineral Supplements in the Primary Prevention of Cardiovascular Disease and Cancer: An Updated Systematic Evidence Review for the U.S. Preventive Services Task Force. Annals of Internal Medicine, 159, 824-834.

[3] GRODSTEIN, F., O'BRIEN, J., KANG, J. H., DUSHKES, R., COOK, N. R., OKEREKE, O., MANSON, J. E., GLYNN, R. J., BURING, J. E., GAZIANO, J. M. & SESSO, H. D. (2013) Long-Term Multivitamin Supplementation and Cognitive Function in MenA Randomized Trial. Annals of Internal Medicine, 159, 806-814.


[4] LAMAS, G. A., BOINEAU, R., GOERTZ, C., MARK, D. B., ROSENBERG, Y., STYLIANOU, M., ROZEMA, T., NAHIN, R. L., LINDBLAD, L., LEWIS, E. F., DRISKO, J. & LEE, K. L. (2013) Oral High-Dose Multivitamins and Minerals After Myocardial InfarctionA Randomized Trial. Annals of Internal Medicine, 159, 797-805.

niedziela, 24 marca 2013

KONKURS ŻYWIENIOWY Nestlé

Na pewno wszyscy dobrze znacie firmę Nestlé, aczkolwiek wielu z Was może ją kojarzyć z kakao lub czekoladowymi płatkami śniadaniowymi z hiper-aktywnym króliczkiem na opakowaniu ;) Dlatego warto też wiedzieć, że Nestlé prowadzi osobną kampanię "Nutrition, Health and Wellness" (Odżywanie, Zdrowie i Dobre Samopoczucie), w ramach której organizuje liczne akcje mające na celu poszerzanie wiedzy żywieniowej Polaków.




No i stąd Konkurs Żywieniowy. W skrócie, dzięki fejsbukowej stronie Natalii Honoraty Witalnej dowiecie się więcej na temat nawyków żywieniowych jej rodziny (a ściślej: rodziny jej siostry, bo sama Natalia Honorata wydaje się być wzorowym "zdrowym odżywiaczem" ;) ). Aby wziąć udział w konkursie, musicie najpierw polubić powyższą stronę, obserwować rodzinę Honoraty i do 19 maja przesłać plan odżywiania i modyfikacji stylu życia rodziny Natalii. Dla autorów najlepszych/najciekawszych prac czeka m.in. praktyka w Centrum ds. Żywienia Nestlé Polska S.A czy studia podyplomowe z zakresu żywienia człowieka. Jest tylko jedno "ale": musicie być studentami bądź absolwentami, którzy nie ukończyli 26 roku życia!

Szczegóły konkursu znajdziecie na stronie FB i linkach tam zamieszczonych. Tak więc myszki i klawiatury w dłoń i do dzieła! A mnie pozostaje życzyć wam powodzenia :)

Do przeczytania wkrótce!


czwartek, 27 grudnia 2012

KUCHNIA CELEBRYTÓW NIE TAKA ZDROWA JAK JĄ PISZĄ

Chyba każdy z nas słyszał  - czy to od swojej mamy czy babci - że nie ma nic lepszego niż domowe jedzenie (po czym na pewno padło kilka obelg w kierunku junk-foodów i "pełnych chemii" gotowych posiłków do podgrzania w mikrofali). I jakby sentyment nie wystarczył, myśl tę poparli też naukowcy w związku z toczącą się na świecie batalią z otyłością, szczególnie w USA i UK. Stała za tym filozofia, że producenci gotowych posiłków i właściciele restauracji chcą z jednej strony serwować jedzenie smaczne, po które sięgniemy ponownie w przyszłości  (czytaj: pełne nasyconych tłuszczów, soli i/lub prostych cukrów) i które jednocześnie będzie tanie, tzn. wytrzymać na pólce sklepowej/ladzie kuchennej odpowiednio długo (czyli musi zawierać mnóstwo konserwantów, w tym soli). A to wszystko szczupłości i zdrowiu nie sprzyja. Tak więc domowe jedzenie miało być receptą na całe te otyłości zło :) Wnioski takie  świetnie podsumował Harry Balzer, naukowiec zajmujący się marketingiem żywności w wywiadzie z Michaelem Pollanem:

“Proste. Chcesz, by Amerykanie jedli mniej? Mam dla ciebie dietę, której szukasz. Jest krótka i prosta. Oto mój plan: gotuj w domu.  To wszystko. Jedz co tylko ci się podoba - jeśli tylko będzie przygotowane przez ciebie. "

Jeśli to prawda, ostatni boom programów kulinarnych powinien tu pomóc - kucharze stają się prawdziwymi gwiazdami, ich programy biją rekordy popularności, a książki kucharskie są obecnie najlepiej sprzedającą się literaturą z rodzaju nonfiction w Wielkiej Brytanii. Skoro tak dziarsko podchodzimy wszyscy do gotowania, pokonanie epidemii otyłości pozostanie zapewne tylko kwestią czasu. Tylko czy gotowanie w domu faktycznie zawsze wychodzi nam na zdrowie?

Pewne rzeczy się nie zmieniają: świeże owoce i warzywa wciąż pozostają częścią zdrowej i zbalansowanej diety.
Zdjęcie: Wikipedia


ResearchBlogging.org

Zdrowy rozsądek sobie, a badania naukowe sobie.  Ostatnio opublikowany w prestiżowym BMJ artykuł naukowców z Newcastle, UK, wydaje się temu zaprzeczać. Konkretnie, porównali oni jakość odżywczą 100 gotowych do spożycia posiłków z trzech wiodących marketów w Wielkiej Brytanii (Tesco, Asda oraz Sainsbury's) z setką najbardziej popularnych przepisów pochodzących z książek największych (angielskich) gotujących celebrytów (Jamie Oliver, Nigella Lawson, Lorraine Pascale i Hugh Fearnley-Whittingstall). Ale żeby porównania były bardziej reprezentatywne, skupiono się jedynie na gorących posiłkach, które mogły być spożywane na codzień, a nie na specjaną okazję, oraz nie były śniadaniem ani zupą :)

Wyniki? Ani gotowe posiłki, ani przepisy popularnych kucharzy nie spełniły w całości zaleceń Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). OK, tutaj może nie ma specjalnej niespodzianki. Co najbardziej zaskakuje jednak to to, że posiłki z angielskich marketów okazały się dużo częściej zdrowsze od posiłków celebrytów: były mniej kaloryczne (w przeliczeniu na porcję), zawierały mniej białka i tłuszczy, również tych  nasyconych, oraz miały statycznie więcej błonnika. Ale żeby nie było: obie klasy posiłków posiadały więcej białka, tłuszczy i soli niż rekomenduje WHO, natomiast miały mniej węglowodanów i błonnika. Przynajmniej spełniały te normy dotyczące cukrów prostych ;) 

No i masz tu babo placek - już wydawało się, że dokonujemy rewolucji żywieniowej "wciągając się" w gotowanie, uczenie się nazw egzotycznych owoców i warzyw, a i pewnie nałogowe śledzenie programów kulinarnych, a tu okazuje się, że nie ma prostych odpowiedzi ani rozwiązań. Bez powszechnej edukacji w kwestii jedzenia, zbalansowanej diety oraz składników odżywczych ani rusz. Trzeba myśleć co sie je, kiedy i ile. Ale jedno pozostaje pewne: gotowanie w domu wciąż pozostaje jedynym sposobem na pełną kontrolę tego co się je - czy użyjemy surowych czy smażonych warzyw, oliwy zamiast masła, szczypty czy łyżeczki soli  - to wszystko zależy od nas. Stąd amatorskie gotowanie to wciąż dobry start na drodze do zdrowszego jedzenia, sęk w tym, że ślepe gotowanie tego, co nam sugeruje telewizja i inne media nie zagwarantuje nam ani szczupłej sylwetki, ani setki lat życia w szczęsciu i zdrowiu :) To ostatnie wciąż pozostaje w naszych rękach.


OMAWIANY ARTYKUŁ:
  • Howard, S., Adams, J., & White, M. (2012). Nutritional content of supermarket ready meals and recipes by television chefs in the United Kingdom: cross sectional study BMJ, 345 (dec14 14) DOI: 10.1136/bmj.e7607

wtorek, 18 grudnia 2012

NIMB O "NAUKA, RZECZ LUDZKA"!


Zdaję sobie sprawę, że do bycia prawdziwtm hitem "Nauce, rzeczy ludzkiej" trochę brakuje - szczególnie pod względem regularności publikowania postów! Tym nie mniej miło mi jest z dumą podzielić się z wami tym, że ukazał się właśnie najnowszy numer czasopisma NIMB (Nauka-Innowacje-Marketing-Biznes), gdzie można - między takimi fascynującymi tematami jak naukowa fantastyka czy rewolucja w komunikacji naukowej - przeczytać również wzmiankę o "Nauka, rzecz ludzka" (str. 19). Wzmianka dotyczy nowego modelu otwartego pobierania i dzielenia danych medycznych, o którym pisałam w październiku. A więc ktoś dostrzegł ten blog oraz tematy tu poruszane! :) Dziękuję :) A was serdecznie zapraszam do lektury NIMBa!




środa, 12 grudnia 2012

BABSKIEJ RZECZY CIĄG DALSZY

Pamiętacie  kontrowersyjne/zabawne/zaskakujące video wydane przez Komisę Europejską, "Science, a girl thing"? To samo, które rzekomo miało na celu zachęcić kobiety do podążania ścieżką kariery naukowej (pisałam o nim tutaj i tutaj)?

Żeby nie było, Komisja ta wydała ponad £80 000 (trochę ponad 400 tyś. zł) na tę przesławną produkcję. Za dokładnie £7.66  (około 38zł) naukowcy z Bristolu stworzyli własną wersję (parodię?) tegoż klipu. Śmieszne? Lepsze? Słodko-gorzkie? Co myślicie?






niedziela, 21 października 2012

MOC DZIELENIA SIĘ

Stwierdzenia że "żyjemy w niezwykłych czasach", gdzie napływ informacji jest "przygniatający" i "wręcz niemożliwy do ogarnięcia" stały się swego rodzaju credo/cliché XXI wieku. Ale cóż zrobić - one są dosć prawdziwe! I nie mam tu na myśli tylko informacji naukowych  (np. liczby dostępnych publikacji naukowych) czy "news-owych" (relacje z wydarzeń na świecie real time).

Pomyślcie raczej o fenomenach współczesnego internetu, o których się nawet Lemowi nie śniło: Twitter, gdzie każdy może podzielić się jakimś skrawkiem informacji, opinią, nastrojem;  przedyskutować je,  czy po prostu stwierdzić, że są zabawne. Facebook, gdzie każdy może załadowac zdjęcie swojej kolacji, czy pochwalić się nową tapetą w przedpokoju. I nie trzeba być emocjonalnym ekshibicjonistą, by sprawić by taki system przyniósł korzyści również ludziom spoza grona naszych bezpośrednich znajomych: Wikipedia czy programy freeware opierają się na dobrej woli grupy wolontariuszy, którzy coś wiedzą i chcą się tą wiedzą podzielić. 

Cnota dzielenia się. Źródło: soshable.com


Co mają te inicjatywy ze sobą wspólnego? Przynajmniej dwie rzeczy: dzielenie się wiedzą jest dobrowolne i.. darmowe. Spójrzmy prawdzie w oczy: lubimy się dzielić, nie tylko  informacjami o sobie. Dlaczego nie wykorzystać tej tendencji i nie użyć jej do stworzenia rzetelnej wiedzy naukowej?

Aplikacja "The Eatery".
Źródło: https://eatery.massivehealth.com/
Dobrym początkiem może być aplikacja "The Eatery", gdzie użytkownicy przesyłają zdjęcia spożywanego jedzenia (czyli coś, co wiele osób i tak robi na Facebooku ;) ) przy jednoczesnej ocenie wielkości posiłku oraz tego jak zdrowy on jest. Naturalnie, można stworzyć całą społeczność ludzi, którzy postępują podobnie i oceniają również cudze posiłki. Niby nic, ale dzięki informacjom zgromadzonych przez tę aplikację wiemy, że 72% posiłków jest oceniana przez osoby je spożywające jako zdrowsze niż przez innych. Jednym słowem: moja pizza jest zdrowsza niż twoja :) Dalej myślicie, że to nic? Ale tego rodzaju badania w przeszłości trwały całymi latami i kosztowały setki tysięcy dolarów, natomiast ten projekt trwał 5 miesięcy i był przeprowadzony przez nowozałożoną firmę składającą się z dwóch osób. Poza tym potencjał tych informacji jest dużo większy - jeśli będziemy mieć wystarczająco wiele osób używających tego programu przez wystarczająco długi czas, możemy zacząć porównywać różne style żywienia i powiązać je z konkretnymi przypadłościami. 



(tak na marginesie, dane zgromadzone przez takiego rodzaju oprogramowanie są o tyle bardziej rzetelne, że zwykle podobne badania opierają się na wspomnieniach badanych, które, jak łatwo się domyślić, do najbardziej wiarygodnych nie należą).

Można iść o krok dalej i przeciwdziałać problemowi opisanemu przeze mnie w poprzednim poście: zatajaniu danych przez firmy farmaceutyczne. W skrócie, pacjenci bardzo często zgadzają się wziąć udział w badaniach klinicznych wierząc, że te dane przysłużą się w przyszłości do stworzenia skuteczniejszych leków. Natomiast w rzeczywistości otrzymane z badań dane są wlasnością firm farmaceutycznych, które nia mają obowiązku ich w całości udostępniać. Co gorsza, w praktyce publikowane są przede wszystkim wyniki sugerujące pozytywne skutki promowanego leku, a te nie wykazujące żadnych korzyści (czy, co gorsza, ukazujące skutki uboczne) są najczęściej wrzucane do szuflady. Gdyby istniał system "donacji danych", które byłyby później publicznie dostępne (pod patronatem np. Creative Commons), wielu z tych problemów możnaby uniknąć.
I to jest dokładnie to, co usiłuje stworzyć inicjatywa "WeConsent.us", świetnie zaprezentowana przez Johna Wilbanksa w poniższej prezentacji TED. Choć inicjatywa dotyczy przede wszystkim pacjentów, którzy posiadają dane o swoim genomie, powinno być zdecydowanie więcej podobnych projektów, które byłyby mniej eksluzywne, ale działałyby na tej samej zasadzie. Oznaczałoby to przeprowadzanie badań epidemiologciznych na niespotykaną dotąd skalę gdzie zgrodzone informacje byłyby dostępne dla grup badawczych czy korporacji o różnych zainteresowaniach, interesach, a tym samym posiadającym różne sposoby analizy i interpretowania tych danych.

Tak więc wyobraźcie sobie udostępnianie swoich sezonowych wyników badań krwi, wizyt u dentysty z jednoczesnym relacjonowaniem swojej diety. Choć nam może się wydawać, że nie jemy dużo słodyczy, dzięki istnieniu otwartych baz danych, możnaby porównać się w skali danej populacji (Polaków), całego świata (założę się, że mimo mej miłości do lodów i tak jem mniej słodyczy niż przeciętny Szwed!), to dodatkowo łatwiej byłoby zrozumieć skąd ta próchnica i podwyższony cukier krwi. A to w zrozumieniu tkwi droga do poprawy - nasze dane nie tylko przysłużyłyby się szerzej pojętemu "dobru ludzkości", ale też nam samym.  





Naturalnie, jak zwykle w przypadku nieograniczonej dostępności danych, istnieją pewne problemy: (i) dane mogą nie być całkowicie reprezentatywne, jako, że ludzie chorzy mogą częściej dzielić się informacjami o sobie niż osoby zdrowe (z nadzieją na znalezienie leku na ich przypadłość).  To stworzyłoby sytuację, gdzie nie posiadamy należytej grupy kontrolnej. (ii) nasze dane mogą zostać wykorzystane do niepowołanych celów, np. do manipulowania ludzi do używania określonych środków medycznych czy korzystania z usług znachorów po przeprowadzeniu niekompetentnych analiz statystycznych.

Co do pierwszego problemu, częściowym jego rozwiązaniem może być promocja tego rodzaju inicjatyw i rozpowszechniona edukacja o ich dobroczynnych skutkach. Drugiego problemu nie unikniemy nigdy i zawsze musimy się liczyć z nadużyciem danych, nad dostępnością których nie ma żadnej kontroli. Z drugiej jednak strony, nawet niepubliczne dane są dziś nadużywane (raz jeszcze, odsyłam do ostatniego postu), a wierzę, że korzyści płynące z publiczności i otwartości informacji, na które patrzy wiele par oczu, są nieproporcjonalnie większe.

czwartek, 27 września 2012

"OSZUKAŃCZA" MEDYCYNA?

Ben Goldacre to zabawny gość - mówiący jak na mój gust przynajmniej 1089 słów na sekundę, z furą włosów na głowie przypominającymi raczej baranka po kiepskiej trwałej niż cokolwiek innego. Ma też typowo angielskie, słodko-gorzkie poczucie humoru, a mimo to prawie nigdy się nie uśmiecha.  Dość łatwo możnaby go wziąć za komika, gdyby nie fakt, że jest doktorem medycyny i epidemiologiem-statystykiem. Jakby to nie zajmowało mu wystarczająco wielu godzin na dobę, to pisze książki ("Bad Science", oraz wydaną na dniach "Bad Pharma"), prowadzi własną kolumnę w "Guardianie" oraz dwa blogi (mniej oraz bardziej poważny) i reguralnie twitteruje do swoich przeszło 225 tysięcy czytelników. Uff.

Co jeszcze warto wiedzieć o Benie? Że jest irytująco odporny zarówno na "bullshit", jak i na poprawność polityczną.  I chyba to, że mówi o rzeczach ważnych. Stąd  zapewne jego zamiłowanie do demaskowania nonsensów, szarlatanów, homeopatów i pseudonauki (wpiszcie jego imię na youtubie a sami zobaczycie jaki to bezlitosny gość). A ostatnio również przekrętów "wielkiej farmy".


W swoim ostatnim artykule w "Guardianie" (który jest de facto fragmentem jego najnowszej książki) Goldacre opisuje kilkanaście takich "przekrętów" i zwraca uwagę na poważny problem: zatajania niepochlebnych wyników badań przez koncerny farmaceutyczne. Że co?

Na przykład reboksetyna - popularny antydepresant. Nawet Goldacre przypisywał go swoim pacjentom, po zrobieniu wszystkiego co w swojej mocy, by upewnić się, że lek jest godny zaufania: przeczytał wszystkie dostępne publikacje naukowe na temat tego leku, upewnił się, że ma lepszy efekt od placebo (wykazane w jednej próbie) i jest tak dobry jak konkurencyjne leki na rynku (wykazane w trzech eksperymentach). Wszystko to poparte dobrze zaprojektowanymi badaniami, z przyzwoitą liczbą uczestników. Nie pozostało nic innego jak wypisać receptę. 

Ale Ben, zarówno jak tysiące lekarzy i pacjentów, został wprowadzony w błąd: okazuje się, że nie wszystkie badania przeprowadzone nad skutecznością reboksetyny zostały opublikowane. Co zostało zatajone? To, że było w sumie 7 eksperymentów porównujących ten lek z placebo - nie jeden - z dziesięciokrotnie (tak! 10x!) wyższą liczbą uczestników. Sześć z tych prób pokazało, że reboksetyna nie jest lepsza w leczeniu depresji od zwykłej tabletki cukrowej (placebo). Tylko pozytywny wynik ujrzał (publiczne) światło dzienne. Co z porównaniem reboksetyny do konkurencyjnych leków? Okazuje się, że istnieją dane od trzykrotnie większej liczby pacjentów, które zastały zatajone i które pokazały, że stan uczestników badania przyjmujących reboksetynę w zasadzie się pogorszył w porównaniu z pacjentami przyjmujących konkurencyjne leki. Jakby tego było mało, zatajone dane jasno pokazały, że reboksetyna miała też więcej skutków ubocznych.
  
Jak przypomina Goldacre: to jest, najprościej w świecie, oszustwo naukowe. Jeśli opublikowałabym artykuł naukowy, gdzie arbitralnie "zignorowałabym" połowę pomiarów, społeczność naukowa od razu podniosłaby krzyk, nazwałaby mnie oszustką i wycofała artykuł z obiegu. W badaniach klinicznych tak się nie dzieje. 


Esomeprazol - niby lek na wrzody, który nie ma nic do
czynienia z lekami opisywanymi tutaj, ale
potrzebowałam zdjęcia tabletek ;) Źródło: Wikipedia

Jakim cudem istnieje system, gdzie nie tylko informacje o braku działania jakiegoś leku mogą zostać wrzucone do szuflady, ale również dane na temat ich negatywnych skutków? Dzieje się tak, bo koncerny farmaceutyczne rządzą się po trosze własnymi prawami. Naturalnie, każda firma farmaceutyczna powinna  uzyskać zgodę na przeprowadzenie badań klinicznych (w Polsce od  Prezesa Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych), następnie badania te są wpisane do Centralnej Ewidencji Badań Klinicznych. Choć starałam się doczytywać obszerne materiały w tej dziedzinie, nie doszukałam się informacji o konieczności publikowania wszystkich zarejestrowanych prób klinicznych w Polsce. Jedynie "Zbiór zasad prowadzenia badań klinicznych" wspomina o "Umieszczaniu, jeśli to możliwe, danych dotyczących badania zgodnie ze standardem strony www.clinicaltrials.gov na polskojęzycznych stronach internetowych sponsorów (firm farmaceutycznych)". 

Czy upowszechnione czy nie, dane muszą trafić do wewnętrznego kontrolera czy grupy rządu, która wcale nie ma obowiązku dzielenia się tymi informacjami z lekarzami czy naukowcami. Na przykład Amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków (FDA) - agencja rządowa odpowiedzialna za, między innymi, kontrolę żywności, suplementów diety i leków - nie spieszy sięz publikacją posiadanych danych. Pomimo istnienia od 2007 roku obowiązku publikowania wyników wszystkich przeprowadzonych badań klinicznych w USA  na stronie www.clinicaltrials.gov, w 2009 roku mniej niż jedna czwarta wszystkich wyników ujrzała światło dzienne. W takiej sytuacji, jeżeli te dane nie są dostępne na stronach internetowych, około połowa badań klinicznych doświadcza pewnego rodzaju zatajeń, a negatywne wyniki mają dwukrotnie mniejszą szansę publikacji w periodykach naukowych niż dane pozytywne, jakim cudem lekarze i pacjenci mogą rzetelnie ocenić wartość i zagrożenia związane z zażywaniem określonych leków?

Nie jest tak, że problem jest nowy i nic nie próbowano z nim zrobić: próbowano. Próbowano wprowadzać obowiązek rejestracji planowanych prób klinicznych, tak by gdy badania zostały zakończone, możnaby zweryfikować ich wyniki i sprawdzić, czy zostały opublikowane. Nakaz ten jednak był i nadal jest ignorowany. Również periodyki naukowe próbowały włączyć się do walki z tendencyjnością publikacji i ogłosiły, że niezarejestrowane badania kliniczne nie będą mogły być opublikowane (tak jakby to coś zmieniało ;) ), ale nawet tutaj nie ma konsekwencji: Goldacre powołuje się na artykuł naukowy z 2008 pokazujący, że blisko połowa opublikowanych badań klinicznych nie była prawidłowo zarejestrowana, a jedna czwarta nie była zarejestrowana wcale. 

Jak zatem walczyć z tym problemem? Goldacre sugeruje dwa rozwiązania:

1) konieczność publikacji wyników wszystkich badań klinicznych (współczesnych i przeszłych) przeprowadzonych na ludziach z użyciem wszystkich leków dostępnych obecnie na rynku - a konieczność ta nie powinna być tylko świstkiem papieru, a regułą konsekwentnie wdrażaną przez wszystkich zaangażowanych.

2) konieczność mówienia o tych problemach i uzmysławianie wszystkim, że one wciąż są i istnieją. 

Co tym samym czynię.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

POLSKA NAUKA W ŚWIECIE

Nauka jak sport, a naukowe rankingi jak olimpiada. Te i podobne porównania można znaleźć ostatnio na ramch Gazety Wyborczej. Najpierw Adam Wajrak i Piotr Cieślicki użyli takiego określenia przy komentowaniu ostatnich wyników światowego rankingu uczelni wyższych układanych rokrocznie przez Uniwersytet w Szanghaju. W skrócie: na 500 rozpatrywanych uczelni, dwa nasze najlepsze uniwersytety (Jagielloński i Warszawski) są w czwartej setce. I jak autorzy tekstu słusznie zauważają: jakoś w Polsce nikt się nie burzy, nikt nie protestuje, a politycy nie spieszą się by ze skruchą układać lepsze scenariusze poprawy. Od siebie muszę dodać, że takie plany najbardziej przydałyby się nie komentowanej fizyce czy matematyce, ale mojej ukochanej biologii właśnie! To jeszcze nie koniec. Dodatkowo Andrzej Udalski uzmysłowił nas w swoim liście, że szanse na poprawę są bardzo małe, bo brak obiektywnego systemu oceniania placówej naukowych oraz ich promowania. Piszę o tym trochę w złości, bo wydaje się jasne, że nie ma szans na wywarcie jakiegokolwiek ciśnienia na politykach, bo nie istnieje ani skuteczne 'lobby naukowe', ani opinia publiczna nie wydaje się być szczególnie zanteresowana patriotycznym promowaniem nauki w Polsce - bo jeśli Janek jest zdolny, to wyjedzie za granicę, tam będzie doceniony, z polem do popisu.. ehh.


piątek, 10 sierpnia 2012

PIĄTKOWA LINKOWNIA 5

Ja tu sobie pracuję w najlepsze, a tu sruuuuuuu! Znów kolejny tydzień minął! A to oznacza kolejną dawkę linków na piątek. Tym razem bez większego ładu i składu, ale one wszystkie są zdecydowanie bardzo interesujące!

Dla co ambitniejszych i bardziej kreatywnych czytelników tego bloga, polecam zastanowić się czy czasem nie chowają oni za rękawem jakiegoś genialnego pomysłu na poprawę bytu ludzkości... wartego milion dolarów. Bo oto TED oferuje dokładnie tę kwotę dla pomysłodawcy, który zaproponuje przełomowe rozwiązanie jednego z problemów z jakim się ludzkość boryka :) Każdy może zaaplikować!

Warto też poczytać o tym, dlaczego sportowcy z brązowym medalem są szczęśliwsi niż ci ze srebrnym :)

I coś, co mnie bardzo zaintrygowało. Jak atrakcyjnie popularyzować naukę w dobie internetu, bez utraty wartościowych naukowych szczegółów i referencji? Oto jeden z pomysłów.

A tak na koniec, Rafał z nicprostszego ostatnio pisał o... spadających kotach :) Zabawne, bo Radio Lab już jakiś czas temu mówiło o tym, oraz o wielu innych rodzajach spadania :) Udanej lektury/audycji!





Do przeczytania wkrótce!

piątek, 3 sierpnia 2012

LINKOWNIA 4 - NAJLEPSZA EDUKACJA, DLA WSZYSTKICH, ZA DARMO

Dziś w piątkowej linkowni bardzo skromnie, ale za to ekscytująco! Wszystko co tu napiszę, będzie nawiązywało to rewelacyjnej prezentacji Daphne Koller o najbardziej ambitnych kursach z najbardziej prestiżowych uniwersytetów na świecie, do których każdy może mieć dostęp.. za darmo! Szukacie haczyka? Nic z tych rzeczy, wystarczy wejść na stronę Coursera.org by się przekonać na własnej skórze, że to jak najprawdziwsza prawda. Zajęcia prowadzone są przez najwybitniejszych wykładowców z takich uczelni jak Caltech, Stanford czy Princeton University i są dostępne on-line dla każdego kto się na nie zapisze.





A jest w czym przebierać! 116 kursów to nie przelewki, szczególnie jeśli możemy się dowiedzieć więcej o takich przedmiotach jak  Ewolucja i Genetyka, Mechanika kwantowa, Sieci komputerowe, czy nawet Literatura fantasy i science-fiction i Wstęp do irracjonalnego zachowania! :) Mimo, że udostępnione w sieci, zasada działania tych kursów jest podobna do tych z fizycznego uniwersytetu: kursy mają swój czas trwania, deadline'y, zadania domowe i egzaminy, a po ukończeniu danego kursu otrzymamy certyfikat podsumowujący więdzę i umiejętności jakie nabyliśmy. Co za rewelacyjna inicjatywa i jakie potencjalne konsekwencje i zasięg dzialania takiej edukacji! Wszystkie moje kciuki idą wysoko do góry, a was zachęcam do klikania i zapisywania sięna kursy, jeśli tylko starcza wam ciekawości i motywacji :)

Do przeczytania wkrótce!

piątek, 20 lipca 2012

PIĄTKOWA LINKOWNIA 2

I oto kolejna dawka internetowej literatury :)

O Polaku tworzącym "piękny mózg", znany na całym świecie. Wynikła z tego artykułu drobna dyskusja na temat sensu badań podstawowych, o której możecie przeczytać tu i tu.

Kilka myśli na temat mankamentów i często braku sprawiedliwości w publikowaniu artykułow naukowych

Było o kształcących grach, a czemu nie aplikacjach? :)

Ostatnio wielkim hiciorem popularno-naukowych mediów stała się... oksytocyna! Oto świetny artykuł podsumowujący dlaczego oksytocyna jest taka super (i dlaczego nie podawać dłoni domokrążcom). A tutaj można się dowiedzieć, co ma ona wspólnego z moralnością.

A na koniec: czy intensywne myślenie naprawdę spala więcej kalorii? Niekoniecznie...

I na koniec coś co ma ścisły związek z moimi ostatnimi postami. Czyli jak dokładnie stereotypy w nauce mogą zachęcać mniej kobiet do pracy w tej dziedzinie.

To tyle w tym tygodniu! Do przeczytania wkrótce!

wtorek, 17 lipca 2012

JAK ANGAŻOWAĆ LUDZI W ZMIANĘ SWOJEJ WIEDZY?

Ostatnio przy okazji komentowania raczej tendencyjnego video Komisji Europejskiej pojawiło się pytanie: jaka jest skuteczność tego typu akcji społecznych w ogóle? Zastanawiałam się ostatnio nad tym i doszłam do wniosku, że dużo ciekawiej jest zapytać:

Co sprawia, że rodzi się w nas motywacja i ciekawość czegoś dotąd nieznanego? Co zmienia nasze utarte opinie (a być może nawet akcje)? 

I w dość nieoczekiwany dla mnie sposób, pytania te ukierunkowały mnie na temat, którym interesuję się od lat:

Jak popularyzować naukę, tak, by nie tylko ekscytowała, ale też nas czegoś uczyła?  

Najpierw niech będzie o ekscytacji. Natrafiłam ostatnio na informację o konkursie popularyzatorskim: "The Flame Challenge" gdzie zadaniem jego uczestników było wyjaśnienie 11-latkom czym jest... płomień.  Na stronie konkursu możecie znaleźć nadesłane prace, czy to w formie pisemnej, graficznej czy video. Poniżej możecie oglądnąć pracę zwycięzcy:




Tak czy tak, jak sami widzicie, pomysły nadesłanych prac są ciekawe, ale zbyt złożone i brakuje w nich miejsca na wzbudzenie ciekawości tego, czym jest płomień - konkursowicze założyli, że ktoś już zadał pytanie i jest ciekawy odpowiedzi. Jednak w dobrej popularyzaji nauki nie można ślepo założyć czyjegoś zainteresowania tematem - tu należy wziąć odpowiedzialność za jego wzbudzenie. Jak to zrobić? Osobiście znam przynajmniej dwie strategie, które mogą przynieść niesamowite rezultaty: tworzenie opowieści oraz wzbudzanie zwątpienia. Obie te strategie mają za zadanie osobiście zaangażować słuchacza w temat, o którym opowiadamy. W pierwszym przypadku wykorzystujemy naszą bardzo ludzką słabość do opowiadanych historii, dzięki którym szybciej się uczymy i w które się łatwiej angażujemy (polecam książkę Jonathana Gottschalla "The Storytelling Animal: How Stories Make Us Human"). Niestety, jak pisał obszernie na swoim blogu Stanisław Czachorowski , naukowcy nie są szkoleni do pisania w taki sposób, by snuć opowieści, stąd stajemy się świadkami swoistego paradoksu, gdzie ludzie najwięcej wiedzący na dany temat nie są w stanie się efektywnie swoją wiedzą dzielić.

W drugim przypadku, stawiamy wyzwanie temu, co już wiemy, bierzemy pod uwagę opcję, o których nie myśleliśmy wcześniej - jednym słowem, angażujemy się w rozwiązanie zagadki, w znalezienie odpowiedzi na nowe, wyzywające pytania. Mistrzem siania wątpliwości i zadawania nieoczekiwanych pytań był Richard Feynman, a oto jak on sam opowiadał o płomieniu: 


Sianie wątpliwości i podważanie dotychczasowej wiedzy wydaje się niezbędnym elementem w procesie skutecznego uczenia się. Dobitnie pokazał to Derek Muller w swojej kandydującej do TED2013 prezentacji:




Pokazuje on tam, że bierne przekazywanie informacji i) niekoniecznie zmienia błędne przekonania słuchaczy, a wręcz ii) może utwierdzić ich w przekonaniu, że te błędne przekonania są prawdziwe. Dialog, zadawanie pytań i próba usprawiedliwienia swojego stanowiska, choć nie jest tak przyjemna jak ogładanie filmu, wydaje się angażować nas i uczyć nowych rzeczy dużo bardziej skutecznie. Niemniej zmiana naszego podejścia nie będzie łatwa, ponieważ by podważać istniejące uprzedzenia czy luki w wiedzy, musimy wiedzieć jakie one są. Tak więc musielibyśmy zmienić nasz model kształcenia z systemu "wszystkowiedzący prowadzący - głupiutki student" na model, gdzie prowadzący próbuje się jak najwięcej dowiedzieć o swoich studentach, zadaje pytania, próbuje zrozumieć co oni już wiedzą, by następnie pokazać, jak rozumiemy świat przez pryzmat dzisiejszej nauki (na drodze dyskursu lub innych interaktywnych metod).

I to o czym mówię wydaje się mieć dużo bardziej uniwersalne zastosowanie. Bo można tu mówić o szkole i uniwersytecie. Ale też o wystawach muzealnych, książkach popularno-naukowych, grach i programach edukacyjnych i wreszcie... akcjach społecznych.  O tym, że można tworzyć przekonujące i angażujące filmy zachęacające kobiety do zajęcia się nauką (za sprawą "opowiadania historii kobiet takich jak ja" ) przekonywałam w ostatnim poście. A to, że można angażować publikę nawet w dość odległe tematy naukowe, pokazuje to video:



Tak więc jest nadzieja dla popularyzacji nauki i dla akcji społecznych. I jak widać, mają one ze sobą więcej wspólnego niż się na wydaje na pierwszy rzut oka.

Do przeczytania wkrótce!

poniedziałek, 9 lipca 2012

NAUKA, RZECZ KOBIECA? CIĄG DALSZY

Pisałam ostatnio o dość kontrowersyjnym spocie video opublikowanym kilka tygodni temu przez Komisję Europejską zatutytułowanym "Science: the girl thing!".  Dzięki za Wasze uwagi i komentarze! Teraz najwyższa pora bym i ja dorzuciła swoje trzy grosze. Opinie tutaj wyrażane nie są niczym nowym i pisałam już o nich na moim akademickim (anglojęzycznym) blogu: scienceprone.

Kobieta właściwie uprawiająca naukę :) Jakoś nie widzę ton makijażu i stłuczone szkła.
Źródło: http://intechweb.wordpress.com/
Ten spot 'reklamowy' bardzo mnie z początku zszokował, ale odrobina szperania po internecie pozwoliła mi zrozumieć zamysł całej idei Komisji Europejskiej. Jak wiadomo, kobiety przeważnie stanowią zdecydowaną mniejszość wśród naukowców nauk ścisłych - im wyżej w hierarchii szukamy, tym mniej kobiet znajdujemy. Komisja Europejska postanowiła coś z tym fantem zrobić i adresuje obecną akcję do nastolatek, które być może brałyby pod uwagę studiowanie kierunków ścisłych, ale nie są pewne czy to aby nie są kierunki "zbyt męskie". Wkrótce ma pojawić się materiał dla innego rodzaju odbiorczyń: kobiet, ktore już studiują kierunki ścisłe, tak by zachęcic je do pozostania w zawodzie.

Niemniej, spot pozostaje kontrowersyjny. Jak można przeczytać na Twitterowym #sciencegirlthing, autorzy video przekonują, że spot miał właśnie taki być, bo to przysparza oglądalności. No tak, tylko czemu wzbudzać kontrowersję czymś tak tendencyjnym i protekcjonalnym? Szczególnie, że bardzo rzadko można spotkać się z pozytywnym odbiorem tego video, tak więc kontrowersja czy totalny niewypał?

No ale dlaczego od razu niewypał? Może dlatego, że modelki-"naukowcy" w tym video tak naprawdę nie uprawiają żadnej nauki, za to chichotają, naukładają makijaż i tłuczą szkła laboratoryjne ile wlezie? Może dlatego, że świat nauki, do którego próbuje się zachęcić kobiety wcale tak nie wygląda? A może w końcu dlatego, że video to kompletnie chybia jeśli chodzi o adresowanie tego spotu reklamowego do właściwej publiki i rozwiewanie jej wątpliwości?  

No bo zastanówmy się chwilę kogo chcemy zachęcić do uprawiania nauki i pozostania w tym zawodzie? I co te osoby powstrzymuje? Czy nawet jeżeli rozchichotane i odurzające różem dziewczyny poważnie myślą o nauce, to czy niemożność noszenia szpilek w labie faktycznie je powstrzymuje od podążania swoją wymarzoną ścieżką kariery? Opierając się na raporcie American Association of University Women (AAUW) z 2010, trzema podstawowymi przeszkodami dla kobiet do pozostania w nauce są:

i) stereotyp, że kobiety nie są tak dobrze w matematyce/naukach ścisłych jak mężczyźni
ii) stereotyp, że kobiety po prostu tymi naukami się nie interesują
iii) trudne warunki pracy akademickiej - niestabilność pracy oraz niewiele kobiet w zawodzie

Stąd moja opinia, że to video to niewypał - które z powyższych problemów Komisja Europejska próbuje rozwiązać?

Muszę jednak dodać, że choć ten spot reklamowy to niewypał, to na pewno nie mogę tego powiedzieć o całej akcji. Komisja Europejska wypuściła do internetu całą masę krótkich filmów video prezentujące sylwetki PRAWDZIWYCH kobiet-naukowców. I to jest doskonały pomysł, który faktycznie może coś zmienić - dzięki tym filmikom widzimy prawdziwe kobiety z krwi i kości, ze swoimi pasjami i zainteresowaniami, ze swoją motywacją i prawdziwym życiem w pracy i poza pracą. By tylko dać wam kilka przykładów (również polskich badaczek):






Tak więc nie wylewajmy dziecka z kąpielą - jest sporo dobrych rzeczy, które Komisja Europejska robi świetnie by pokazać kobietom, że kariera naukowa może być również czymś dla nich, choć jak zwykle najwięcej uwagi przykuwa coś co się nie udało ;)

A tak na marginesie, zachęcam was również do zaglądnięcia na stronę This Is What A Scientist Looks Like - możecie tam oglądnąć przeróżne zdjęcia prawdziwych naukowców z krwi i kości, zarówno kobiet jak i mężczyzn :)

do przeczytania wkrótce!


PISZĄ O MNIE :)

Moi drodzy, ostatnio sporo się tutaj działo - między pracą, wizytą rodziny i rozjazdami trudno mi było nadążyć za prowadzeniem dwóch blogów i Waszymi komentarzami. Na część z nich zaczęłam już odpowiadać, część z Was musi wciąż trochę poczekać. Mam nadzieję wkrótce wprowadzić pewne zmiany do bloga, które wymusiłyby swego rodzaju regularność publikowania, ale o tym trochę później. Tak więc trzymajcie rękę na pulsie :)

A zanim dojdzie co do czego, chciałabym się z Wami podzielić dobrymi wieściami: pan Emanuel Kulczycki, który prowadzi bardzo ciekawego bloga Warsztat badacza komunikacji zaprosił mnie do grona "Sylwetek blogerów naukowych"! "Sylwetki" prezentują kilku blogerów, ich opinie o samym blogowaniu, polskiej blogosferze naukowej, etc. Teraz możecie też tam znaleźć moją sylwetkę, zachęcam do lektury i dyskusji! :)

Do przeczytania wkrótce!
kasiek

poniedziałek, 25 czerwca 2012

NAUKA, TO NASZA BROŃ KOBIECA

Już jakiś czas temu pisałam o tym, że kobietom w nauce nie jest łatwo. Choć nie wydają się być dyskryminowane jeśli zdecydują się na karierę naukową, wciąż pozostają one w jaskrawej mniejszości na wyższych stanowiskach naukowych. Komisja Europejska chcąc coś z tym zrobić opublikowała niedawno video mające zachęcić więcej kobiet do nauk ścisłych. "Science: the girl thing"  (Nauka, babska rzecz?) wywołała wiele szumu i... kontrowersji. Zanim sama się wypowiem na temat tego wideo, chciałabym najpierw poznać waszą opinię. Co myślicie?



niedziela, 15 kwietnia 2012

CZY CZERWONE MIĘSO NAPRAWDĘ NAS ZABIJA?

W ubiegłym miesiącu zrobiło się głośno o szczególnym artykule opublikowanym przez naukowców z Harvard School of Public Health. gdzie rzekomo pokazano, że jedzenie czerwonego mięsa zwiększa ryzyko zgonu o blisko 20%. Media oszalały. BBC podchwyciło temat momentalnie, omawiając badania podczas porannych serwisów informacyjnych i w godzinach najwyższej oglądalności. Zresztą  większość gazet w Wielkiej Brytanii zaraz też prześcigało się w czerwono-mięsnej panice. Polska nie pozostała w tyle, publikując podobne doniesienia na takich portalach jak Gazeta WyborczaTVP, Wprost czy PAP.

O co tyle hałasu?

Otóż wspomniani badacze podsumowali dane o diecie, zachorowalności i śmiertelności w sumie ponad 120 000 pracowników służby zdrowia i pielęgniarek - uczestników badania epidemiologicznego. Uczestnicy ci za sprawą formularzy donosili naukowcom co 4 lata o szczegółach swojej diety, nałogach, masie ciała, itp. A działo się przez niemała ponad 20 lat. Gdy badania zostały zakończone, badacze wzięli wszystkie dane i sprawdzili czy jakiś szczególny czynnik ich stylu życia ma związek ze śmiertelnością czy zapadalnością na którąś z chorób. No i Eureka! Okazuje się, że jeśli porównamy ze sobą osoby, które spożywały najwięcej czerwonego mięsa z tymi, które spożywały go najmniej, to okazuje się, że te pierwsze mają podwyższone ryzyko śmierci o 7-19%.

A teraz: co to wszystko znaczy? I czy musimy już na zawsze pożegnać się ze schabowym?

Które mięso wybrać?
Źródło: Wikipedia


1) Epidemiologia obserwacyjna i tylko obserwacyjna.
Przede wszystkim badania te zaliczają się do dziedziny tzw. epidemiologii obserwacyjnej, o której mówi się, że generuje hipotezy do testowania. Dlaczego? Bo tutaj na podstawie najczęściej bardzo dużej próby pacjentów szuka się związków (to jest korelacji) między chorobami/śmiertelnością a potencjalnymi czynnikami ryzyka. Piszę korelacji, która wcale nie musi oznaczać przyczynowości. Aby przekonać się czy nawet bardzo silna korelacja faktycznie wskazuje związek przyczynowo-skutkowy, należy przeprowadzić porządny eksperyment. W tym przypadku oznaczałoby to w najprostszym przyspadku podzielenie losowych pacjentów (lub takich o bardzo zbliżonym trybie życia, zależy od naszej strategii i dostępnych funduszy na badania) na dwie grupy: wegetarian i "czerwonych mięsożerców". Podczas trwania eksperymentu nadzorujący naukowcy powinni sumiennie rejestrować spożywane przez uczestników produkty i ich skład. Później po latach-latach możnaby się przekonać czy grupa mięsożerców faktycznie ma podwyższone ryzyko śmierci w porównaniu z grupą wegetarian. Nic takiego nie miało tutaj miejsca - mamy informacje o korelacji i nic więcej.

[Tak na marginesie: na samym początku pisania tego bloga wspomniałam tylko o tym, a teraz nareszcie wyjaśniam, dlaczego trzeba być ostrożnym w interpretowaniu wyników podobnie przeprowadznych badań, które mogą dotyczyć picia alkoholu (w tym czerwonego wina), jedzenia oliwek, szczypiorku, kaparów czy czego tam sobie chcecie.]


2) Jak nie mięso, to może coś innego?
Z korelacją są problemy. Bo skoro nie możemy powiedzieć, że to czerwone mięso zwiększa ryzyko śmiertelności, to co? Otóż większość mediów zignorowała fakt, że w tym badaniu zwiększona ilość spożywanego czerwonego mięsa była częściej związana z tzw. niezdrowym trybem życia (to jest paleniem, piciem alkoholu, brakiem ruchu) i jego wskaźnikami (wysokim BMI, ciśnieniem krwi, itd). Te czynniki zacierają prawdziwy obraz związku między spożywaniem mięsa (i niezdrowym trybem życia w ogole) a śmiertelnością i na podstawie samej tylko korelacji niewiele możemy na ten temat powiedzieć.

3) Ryzyko śmiertelności to nie śmiertelność
Media komentując ten artykuł najczęściej pisały o wzroście śmiertelności (a 20% w tym przypadku istotnie oznaczałoby ludobójstwo!), co jest albo niezrozumieniem wyników badań albo celową manipulacją. Opisywany artykuł donosi o wzroście ryzyka śmiertelności u osób jedzących czerwone mięso.  Co za różnica? Fundamentalna! Wyobraźmy sobie populację wegetarian, gdzie śmiertelność wynosi 25% (i jej ryzyko jest na stałym poziomie R = 1). Następnie pomyślmy o populacji "czerwonych mięsożerców". Jaka byłaby ich śmiertelność, jeśli zwiększymy poziom ryzyka śmierci do R=1.2 (większe o 20%)? Wtedy mnożymy śmiertelność wegetarian przez zwiększone ryzyko śmierci, co daje 0.25 x 1.2 = 0.3 = 30%. Tak więc całkowita śmiertelność "czerwonych mięsożerców" zwiększyłaby się w sumie o 30% - 25% = 5%. Natomiast gdyby śmiertelność wegetarian wynosiła na wstępie 5% (dużo bardziej realistyczny scenariusz), to śmiertelność mięsożerców wyniosłaby wtedy 0.05 x 1.2 = 0.06 = 6%! Oznacza to, że różnica w śmiertelność między wegetarianami a mięsożercami wyniosłaby zaledwie 1% !

Tak więc raz jeszcze trzeba uważać co się czyta w mediach i warto się 5 razy zastanowić (i 10 razy spawdzić sens samych informacji) zanim totalnie zmienimy naszą dietę i wywrócimy nasze całe życie do góry nogami.

Do szerszej dyskusji (i krytyki!) wybujałych interpretacji opublikowanych przez Harvard School and Public Health badań zapraszam na anglojęzyczne blogi: Zoe Hardcombe czy Gary'ego Taubesa


Do przeczytania wkrótce!




ResearchBlogging.org
Pan, A., Sun, Q., Bernstein, A., Schulze, M., Manson, J., Stampfer, M., Willett, W., & Hu, F. (2012). Red Meat Consumption and Mortality: Results From 2 Prospective Cohort Studies Archives of Internal Medicine, 172 (7), 555-563 DOI: 10.1001/archinternmed.2011.2287

niedziela, 11 marca 2012

NAUKA ZA "UŻYWANIEM RESZTEK ABORTOWANYCH LUDZKICH ISTOT" W PEPSI I NIE TYLKO

Do napisania tego postu podjudził mnie artykuł opublikowany na stronie społeczności katolickiej (tak podejrzewam, aczkolwiek nigdzie na stronie to nie jest jasno powiedziane...) Fronda pod dość intrygującym tytułem "Do diabła z Pepsi". Otóż Fronda, razem z innymi organizacjami pro-life, nawołuje do bojkotu napojów Pepsi, twierdząc, że "firma wykorzystała do jego produkcji komórki z abortowanych dzieci"

Komórki HEK 293
Źródło: Wikipedia
To bardzo mocne stwierdzenie, więc postanowiłam się dowiedzieć o co tutaj chodzi. 

środa, 29 lutego 2012

KRYTYCZNE MYŚLENIE W OBRAZKACH

Choć było o popularyzacji nauki,  to nie tak sporo o krytycznym myśleniu - niech więc ten post posłuży jako rodzaj wstępniaka do tego tematu :)

Czytałam ostatnio o dość ciekawej organizacji (agencji "planowania i przezorności", jak sami siebie nazywają) rodem z Australii: Bridge8. I choć można pisać o ich różnorakich akcjach i inicjatywach - od organizowania festiwalu na najlepszego naukowca w stylu "Idola", na naukowych czatach na żywo kończąc - to jedna z nich szczególnie przykuła moją uwagę. Niedawno Bridge8 wydało serię krókich (około dwuminutowych) filmików pod licencją Creative Commons dotyczących krytycznego myślenia (zabawne, że brakuje tego terminu w polskiej Wikipedii!). Animacje te są adresowane przede wszystkim do młodzieży w wieku 13-15 lat, ale z pewnością mogą pomóc nawet dorosłym w prowadzeniu racjonalnych konwersacji :)

I choć naturalnie znajdą się maruderzy, którzy bedą narzekać, że filmiki te traktują temat dość pobieżnie i że są raczej niewyczerpujące, to moim zdaniem jasno i treściwie komunikują swoje przesłanie, a zainteresowani zawsze mogą doczytać więcej na intrygujące ich zagadnienia. Brawo i tylko tak dalej - tego typu inicjatyw nam trzeba! Teraz może tylko w języku polskim...?




Pierwsze video pt. "Wartościowa dyskusja" wyjaśnia jak nasz mózg tworzy obraz otaczającego nas świata i dlaczego musi on czasem iść "na skróty".  Pokazuje ono też jak logika pomaga w identyfikowaniu tych "skrótów" oraz w tym, jak je łatwo obejść.

piątek, 24 lutego 2012

WYWIAD Z PROF. STANISŁAWEM CZACHOROWSKIM

A oto obiecany “wpis specjalny”! Mam przyjemność zaprezentować wywiad z Prof. Stanisławem Czachorowskim, znanym polskim hydrobiologiem i entomologiem, jak również popularyzatorem nauki. 

Profesor Stanisław Czachorowski
Profesor Czachorowski jest profesorem nadzwyczajnym na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie, w Katedrze  Ekologii i Ochrony Środowiska. Zawodowo zajmuje się między innymi rozmieszczeniem chruścików (sympatycznych owadów wodnych) w Europie Środkowej i Wschodniej, ale znany jest też ze swojej aktywności popularyzatorskiej. Pan Profesor od 2005 roku prowadzi blog “Profesorskie gadanie”. Jest on również opiekunem Studencko-Doktoranckiego Koła Naukowego Ekologów, zainicjował i prowadzi kawiarnię naukową w Olsztynie oraz aktywnie udziela się w mediach (lokalne gazety, radio, Internet). Więcej o Profesorze można przeczytać na jego stronie lub w Wikipedii

Pan Stanisław był tak miły, że odpowiedział na kilka moich pytań dotyczących popularyzacji nauki w Polsce. Jego wypowiedzi dają wiele do myślenia w kontekście rzeczy, które dyskutowaliśmy przy okazji wpisów “Jak popularyzować naukę” (w części pierwszej, drugiej oraz trzeciej) i “Po co popularyzować naukę”. Zapraszam do lektury i do dyskusji!