Google Website Translator

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opinia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opinia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 grudnia 2013

COŚ CIEKAWEGO DO POSŁUCHANIA

Ostatnie miesiące - wypełnione karmieniami, zmianami pieluch i usypianiem małego niemowlaka - nauczyły mnie, że dostęp do tv czy komputera może być ograniczony przez większość dnia. Jak nie zwariować i mieć ciągle szanse dowiedzieć się czegoś ciekawego bez konieczności czytania stron www czy gazet? Doskonałym rozwiązaniem okazały się dla mnie podcasty naukowe. Pisałam o podkastach już wcześniej, bardziej ogólnie, dlatego tym razem chcę się tylko pochwalić nowymi odkryciami.



Platforma Sticher jest doskonałym źródłem różnego rodzaju stacji radiowych i podcastów - na ich stronie można przeczytać, że oferują ich ponad 20 000! Tak więc jest w czym wybierać.


Poza tym, na Sticherze można znaleźć programy i stacje naukowe tworzone przez National Public Radio (NPR), a wśród nich już kiedyś wspomniane Radio Lab (doskonały program mówiący o nauce z zacięciem, fascynujący nie tylko dla laików). Znajdzieciemoje nowe odkrycie dotyczy innego ich programu: TED Radio Hour. Jestem przekonana, że znacie dobrze platformę TED, z tysiącami wykładów i opowieści na chyba wszystkie możliwe tematy. Teraz wyobraźcie sobie jakieś zagadnienie: sukces, nieporozumienia, szczodrość... i teraz TED Radio Hour przez prawie godzinę omówi je ze współudziałem najlepszych mowców z TEDa, prezentując ich historie i pomysły. Bardzo, bardzo wciągające i pouczające, plus wskazuje wam ciekawe wyklady na samym TEDzie.  Osobiście polecam program poświęcony sukcesowi: czym jest? jak go pojmujemy? jak go osiągnąć? :)


Tak więc następnym razem gdy musicie usypiać 3-miesięcznego, przygotować 472595629 próbek w labie albo cokolwiek równie czaso- , ale nie mózgo-chłonnego, spróbujcie podcastów, pomogą wam pozostać przy zdrowych zmysłach :)

Do przeczytania wkrótce!

wtorek, 26 marca 2013

JAK LECZYĆ MĄDRZE, A EKONOMICZNIE?

Ostatnio przeczytałam, zupełnie od siebie niezależnie, dwa artykuły, które sprowokowały mnie do zadumy nad "służbą zdrowia przyszłości".

Pierwsza ważna informacja: To nie prawda, że starzejące się społeczeństwo jest główną przyczyną rosnących kosztów opieki zdrowotnej. Żeby być bardziej precyzyjnym: starzenie się społeczeństwa odpowiada za dokładnie 0.9% wzrostu kosztów leczenia, przynajmniej w ostatnich 10 latach (i przynajmniej w Kolumbii Brytyjskiej;)). Przyczyny, które łącznie odpowiadają za około 90% wzrostu tych kosztów, to i) wzrost wynagrodzenia dla lekarzy (jak również samej liczby dostępnych specjalistów), ii) wzrost liczby wykonywanych zabiegów, oraz 3) wzrost zapotrzebowania na leki. Jednym słowem, bardziej kosztowna służba zdrowia jest wynikiem nie jakiegoś deterministycznego mechanizmu demograficznego, a raczej obranych strategii politycznych i zdrwotnych.

To już nie te czasy, gdzie wystarczyło myć ręce,
by czuć się zdrowym! Źródło: Wikipedia


No ale cóż można począć? Ludzie chorują, więc trzeba ich leczyć! Bo jaka jest alternatywa - mamy odmówić im profesjonalnej opieki, gdy takowa jest dostępna? Rzecz w tym, że więcej nie znaczy lepiej i nie każda procedura medyczna jest konieczna, by leczyć skutecznie. Bo jak donosi raport amerykańskiego Instytutu Medycyny, około 30% wszystkich wydatków medycznych  z 2009 roku została przeznaczona na usługi, które nie były konieczne, oraz inne wydatki, jak na przykład administrację. I naturalnie, za raportem idą zalecenia, co zrobić by taką postać rzeczy zmienić: ograniczenie badań MRI (obrazowanie metodą rezonansu magnetycznego) czy tomografii komputerowej są dość zrozumiałe, ale niektóre zalecenia mogą zaskakiwać: np. kobiety między 30 a 65 rokiem życia, które nie mają podwyższonego ryzyka zachorowania na raka szyjki macicy powinny wykonywać badania cytologiczne co 3 lata, a nie corocznie, jak to się odbywało do tej pory.


Toograf komputerowy. Źródło: Wikipedia



Więcej badań oznacza nie tylko brak poprawy leczenia, ale czasami również wyrządza więcej szkody niż korzyści, np. "przediagnozowanie", czyli wykrywanie chorób, których tak naprawdę nie ma (ang. overdiagnose lub false positives), co oznacza dodatkowy stres dla samego pacjenta i jej/jego rodziny, ale też dodatkowe koszty. Już nie wspomnę  o sytuacjach, gdzie takie niepotrzebne procedury medyczne wystawiają pacjenta do niepotrzebne ryzyko czy ból, np. prześwietlenia czy biopsje.

Jednak największy problem do rozwiązania, moim zdaniem,  pozostaje w naszych głowach. Bo jak powiedzieć pacjentowi, że nie wyśle się go na jakieś badanie, tylko poczeka się czy objawy przejdą w ciągu tygodnia? Czy nie stąd lekarze nierzadko przypisują antybiotyki nawet na przeziębie (które jest wywołane przez wirusy i na które antybiotyki nie działają), by uspokoić pacjenta, że "jest leczony"? Dlaczego z takim oporem przypisuje się zwykłe placebo w przypadkach gdzie wiadomo, że życie pacjenta nie jest zagrożone, gdy wiadomo, że czasem może być ono równie skuteczne jak niektóre leki?

Jedno jest pewne: zmiany nie bedą ani łatwe, ani szybkie, ale są konieczne, jeśli chcemy mieć zrównoważoną i stabilną służbę zdrowia.

wtorek, 22 stycznia 2013

PIERWSZE URODZINY!!!




Drogie Czytelniczki, Drodzy Czytelnicy :)

tak, tak, czas leci i się śmieje, bo oto mija dokładnie rok od wieczora kiedy w przypływie jakiejś energii twórczej stwierdziłam, że zacznę prowadzić bloga popularno-naukowego :) No i masz! 365 dni później przychodzi mi zapytać: co udało się osiągnąć przez ten rok?

- 63 wpisy, włącznie z obecnym

- blisko 50 000 odwiedzin z 10 różnych krajów

- najpopularniejszy artykuł ("Wyewoluowaliśmy, by biegać") przeczytało blisko 18 000 osób!

-  i chyba najlepsze: najczęściej używane słowa kluczowe "doprowadzające" do mojego bloga to... "popularyzacja nauki"? Nie. "Ludzie i nauka"? A skąd. Najczęsciej użyte skojarzenie to... "wydry morskie trzymają się za łapki" ;) Dlatego sądzę, że wiele zawdzięczam wpisowi "O złożoności świata tego"!

Wszystkim, ale to absolutnie wszystkim dziękuję szalenie za czytanie, komentowanie, kontaktowanie się ze mną. To wszystko jest ogromną inspiracją i daje mi solidnego kopa, by pisać dalej i dzielić się rzeczami, które uwielbiam. Choć przewiduję, że ten rok będzie stał dla mnie bardziej pod kątem obrony doktoratu niż rozwijaniu bloga, na pewno będę pisać nadal, licząc na Waszą wyrozumiałość! :)

Sobie i Wam życzę, by był to pierwszy, acz nie ostatni rok "Nauka, rzecz ludzka"!

do przeczytania wkrótce! 

niedziela, 23 grudnia 2012

NAUKOWYCH ŚWIĄT!!

Tak, tak, blog "Nauka, rzecz ludzka" obchodzi właśnie swoje pierwsze Święta Bożonarodzeniowe! Z tej okazji chciałam Wam złożyć, drodzy Czytelnicy, świąteczne życzenia, aczkolwiek w nucie odrobinę bardziej naukowej :)

Jesteśmy maleńką plamką, na innej maluśkiej plamce maciupiunkiej plamki. Jesteśmy pyłkiem we Wszechświecie. Historia odkryć astronomii i kosmologii jest pasmem "rozczarowań" tym, że nie jesteśmy centrum, nie jesteśmy wszystkim. Słońce nie krąży wokół Ziemi, ani nie jest ona centrum Układu Słonecznego.  Idąc dalej, tenże system jest tylko jednym z 200-400 miliardów podobnych układów, i to tylko jeśli weźmiemy pod uwagę naszą galaktykę, będącą jedną ze 170 miliardów innych galaktyk w obserwowalnym wszechświecie. Nasz Układ Słoneczny nie jest zresztą nawet centrum tego wszechświata (a przynajmniej każde "centrum" to tylko iluzja). Co więcej, jesteśmy mało wyjątkowi pod względem budowy - proporcje najważniejszych pierwiastków budujących nasze ciała odpowiadają częstości ich występowania w reszcie wszechświata - w malejącej kolejności: wodór, tlen, węgiel, azot... itd. Czyli być może nie jesteśmy tylko częścią wszechświata, ale wszechświat jest w nas?  Nie sądzę - w końcu możemy doświadczyć lub wykryć zalewie 4% materii składającej się na budowę wszechświata - reszta to  ciemna energia i materia...


Andromeda. Zdjęcie: Wikipedia 


Rzecz w tym, że mimo tych ogromnych liczb i odległości - udało nam się. Udało nam się zaistnieć na tym świecie jako inteligentny gatunek zdolny do tworzenia zaawansowanych technologii i skłonny do refleksji. Udało nam się to - i to jako jedynemu gatunkowi z około miliarda innych jakie kiedykolwiek żyły na tej planecie. Co więcej, żyjemy w niesamowitych czasach, kiedy nie tylko nie muszę spędzać 90% swojego czasu na szukanie pożywienia, ale (jako kobieta!) mogę realizować się naukowo, a także pisać do Was te słowa i za sprawą jedengo kliknięcia udostępnić je tysiącom potencjalnych Czytelników.

Niech w te święta towarzyszy Wam wielkość - tego, czy innego - wszechświata, ale tylko w kontekście naszego olbrzymienia szczęscia; wyścigu jaki wygraliśmy z prawdopodobieństwem. Mamy tylko jedno życie, więc wykorzystajmy je dobrze - z bliskimi i rodziną. Wesołych Świąt!


czwartek, 13 grudnia 2012

LINKOWNIA - FEJSBUKOWNIA

Ostatnio kilka osób narzekało mailowo na brak Piątkowej Linkowni - co dało mi do myślenia, że czas oficjalnie zaanonsować zmiany, które miały miejsce już jakiś czas temu, ale które najwidoczniej umknęły przynajmniej części z nas. Otóż linkowni na łamach tego blogu już nie ma i nie będzie, bo została w sposób dość naturalny wchłonięta/przejęta przez moje posty podsyłane na stronie fejsbukowej bloga.  A i sporo się na niej dzieje - poza linkami do moich blogowych postów (te akurat są w mniejszości), podsyłam ciekawe artykuły, opinie, a czasem też nerdowskie śmieszności, bo jak popularyzacja, to tylko przez zabawę :) Stąd też zachęcam do "polubienia" strony na fejsbuku wszystkich tych, którzy jeszcze tego nie uczynili - sądzę, że warto :)

środa, 12 grudnia 2012

BABSKIEJ RZECZY CIĄG DALSZY

Pamiętacie  kontrowersyjne/zabawne/zaskakujące video wydane przez Komisę Europejską, "Science, a girl thing"? To samo, które rzekomo miało na celu zachęcić kobiety do podążania ścieżką kariery naukowej (pisałam o nim tutaj i tutaj)?

Żeby nie było, Komisja ta wydała ponad £80 000 (trochę ponad 400 tyś. zł) na tę przesławną produkcję. Za dokładnie £7.66  (około 38zł) naukowcy z Bristolu stworzyli własną wersję (parodię?) tegoż klipu. Śmieszne? Lepsze? Słodko-gorzkie? Co myślicie?






niedziela, 21 października 2012

MOC DZIELENIA SIĘ

Stwierdzenia że "żyjemy w niezwykłych czasach", gdzie napływ informacji jest "przygniatający" i "wręcz niemożliwy do ogarnięcia" stały się swego rodzaju credo/cliché XXI wieku. Ale cóż zrobić - one są dosć prawdziwe! I nie mam tu na myśli tylko informacji naukowych  (np. liczby dostępnych publikacji naukowych) czy "news-owych" (relacje z wydarzeń na świecie real time).

Pomyślcie raczej o fenomenach współczesnego internetu, o których się nawet Lemowi nie śniło: Twitter, gdzie każdy może podzielić się jakimś skrawkiem informacji, opinią, nastrojem;  przedyskutować je,  czy po prostu stwierdzić, że są zabawne. Facebook, gdzie każdy może załadowac zdjęcie swojej kolacji, czy pochwalić się nową tapetą w przedpokoju. I nie trzeba być emocjonalnym ekshibicjonistą, by sprawić by taki system przyniósł korzyści również ludziom spoza grona naszych bezpośrednich znajomych: Wikipedia czy programy freeware opierają się na dobrej woli grupy wolontariuszy, którzy coś wiedzą i chcą się tą wiedzą podzielić. 

Cnota dzielenia się. Źródło: soshable.com


Co mają te inicjatywy ze sobą wspólnego? Przynajmniej dwie rzeczy: dzielenie się wiedzą jest dobrowolne i.. darmowe. Spójrzmy prawdzie w oczy: lubimy się dzielić, nie tylko  informacjami o sobie. Dlaczego nie wykorzystać tej tendencji i nie użyć jej do stworzenia rzetelnej wiedzy naukowej?

Aplikacja "The Eatery".
Źródło: https://eatery.massivehealth.com/
Dobrym początkiem może być aplikacja "The Eatery", gdzie użytkownicy przesyłają zdjęcia spożywanego jedzenia (czyli coś, co wiele osób i tak robi na Facebooku ;) ) przy jednoczesnej ocenie wielkości posiłku oraz tego jak zdrowy on jest. Naturalnie, można stworzyć całą społeczność ludzi, którzy postępują podobnie i oceniają również cudze posiłki. Niby nic, ale dzięki informacjom zgromadzonych przez tę aplikację wiemy, że 72% posiłków jest oceniana przez osoby je spożywające jako zdrowsze niż przez innych. Jednym słowem: moja pizza jest zdrowsza niż twoja :) Dalej myślicie, że to nic? Ale tego rodzaju badania w przeszłości trwały całymi latami i kosztowały setki tysięcy dolarów, natomiast ten projekt trwał 5 miesięcy i był przeprowadzony przez nowozałożoną firmę składającą się z dwóch osób. Poza tym potencjał tych informacji jest dużo większy - jeśli będziemy mieć wystarczająco wiele osób używających tego programu przez wystarczająco długi czas, możemy zacząć porównywać różne style żywienia i powiązać je z konkretnymi przypadłościami. 



(tak na marginesie, dane zgromadzone przez takiego rodzaju oprogramowanie są o tyle bardziej rzetelne, że zwykle podobne badania opierają się na wspomnieniach badanych, które, jak łatwo się domyślić, do najbardziej wiarygodnych nie należą).

Można iść o krok dalej i przeciwdziałać problemowi opisanemu przeze mnie w poprzednim poście: zatajaniu danych przez firmy farmaceutyczne. W skrócie, pacjenci bardzo często zgadzają się wziąć udział w badaniach klinicznych wierząc, że te dane przysłużą się w przyszłości do stworzenia skuteczniejszych leków. Natomiast w rzeczywistości otrzymane z badań dane są wlasnością firm farmaceutycznych, które nia mają obowiązku ich w całości udostępniać. Co gorsza, w praktyce publikowane są przede wszystkim wyniki sugerujące pozytywne skutki promowanego leku, a te nie wykazujące żadnych korzyści (czy, co gorsza, ukazujące skutki uboczne) są najczęściej wrzucane do szuflady. Gdyby istniał system "donacji danych", które byłyby później publicznie dostępne (pod patronatem np. Creative Commons), wielu z tych problemów możnaby uniknąć.
I to jest dokładnie to, co usiłuje stworzyć inicjatywa "WeConsent.us", świetnie zaprezentowana przez Johna Wilbanksa w poniższej prezentacji TED. Choć inicjatywa dotyczy przede wszystkim pacjentów, którzy posiadają dane o swoim genomie, powinno być zdecydowanie więcej podobnych projektów, które byłyby mniej eksluzywne, ale działałyby na tej samej zasadzie. Oznaczałoby to przeprowadzanie badań epidemiologciznych na niespotykaną dotąd skalę gdzie zgrodzone informacje byłyby dostępne dla grup badawczych czy korporacji o różnych zainteresowaniach, interesach, a tym samym posiadającym różne sposoby analizy i interpretowania tych danych.

Tak więc wyobraźcie sobie udostępnianie swoich sezonowych wyników badań krwi, wizyt u dentysty z jednoczesnym relacjonowaniem swojej diety. Choć nam może się wydawać, że nie jemy dużo słodyczy, dzięki istnieniu otwartych baz danych, możnaby porównać się w skali danej populacji (Polaków), całego świata (założę się, że mimo mej miłości do lodów i tak jem mniej słodyczy niż przeciętny Szwed!), to dodatkowo łatwiej byłoby zrozumieć skąd ta próchnica i podwyższony cukier krwi. A to w zrozumieniu tkwi droga do poprawy - nasze dane nie tylko przysłużyłyby się szerzej pojętemu "dobru ludzkości", ale też nam samym.  





Naturalnie, jak zwykle w przypadku nieograniczonej dostępności danych, istnieją pewne problemy: (i) dane mogą nie być całkowicie reprezentatywne, jako, że ludzie chorzy mogą częściej dzielić się informacjami o sobie niż osoby zdrowe (z nadzieją na znalezienie leku na ich przypadłość).  To stworzyłoby sytuację, gdzie nie posiadamy należytej grupy kontrolnej. (ii) nasze dane mogą zostać wykorzystane do niepowołanych celów, np. do manipulowania ludzi do używania określonych środków medycznych czy korzystania z usług znachorów po przeprowadzeniu niekompetentnych analiz statystycznych.

Co do pierwszego problemu, częściowym jego rozwiązaniem może być promocja tego rodzaju inicjatyw i rozpowszechniona edukacja o ich dobroczynnych skutkach. Drugiego problemu nie unikniemy nigdy i zawsze musimy się liczyć z nadużyciem danych, nad dostępnością których nie ma żadnej kontroli. Z drugiej jednak strony, nawet niepubliczne dane są dziś nadużywane (raz jeszcze, odsyłam do ostatniego postu), a wierzę, że korzyści płynące z publiczności i otwartości informacji, na które patrzy wiele par oczu, są nieproporcjonalnie większe.

piątek, 21 września 2012

PIĄTKOWA LINKOWNIA 7

Piątek! A to znaczy, że czas na przygotowane się do nadchodzącego weekendu przy relaksującej piątkowej linkowni :)

Ig Noble rozdane! Moim ulubieńcem jest "wyciszacz mowy" i skanowanie mózgu martwego łososia.. .:)

Poza tym, chcę podzielić się z wami linkiem prosto z Klid.pl: czy słyszeliście o portalu Pogromcy Mitów Medycznych? Bardzo mi brakowało podobnej inicjatywy w polskim internecie - ale cóż, portal jest nowy i miejmy nadzieję, że będzie przykładnie spełniał swoją oświecającą rolę!

Zapewne słyszeliście o tym badaniu pokazującym szkodliwość GMO? Wszyscy są zaniepokojeni, choć być może niesłusznie, bo wiele wskazuje na to, że badanie jest ciężko podejrzane...

Może się nad tym nigdy nie zastanawialiście, ale jakbyście byli zainteresowani, to szympanse też mają swoich geniuszy.

I link polecony przez moją psiapsiółę: jesli macie ochotę jechać na koniec świata pod przykrywką uczestniczenia w konferencji, ta strona może wam pomóc :) Znajdziecie tam opcję wyszukiwania wszelkiej maści konferencji ze względu na kraj!

Tak więc pozostaje mi życzyć wam udanej lektury i wybornego weekendu :) Nie siedźcie za dużo przed komputerem!! :)

wtorek, 11 września 2012

NAUKOWY OGON EUROPY?

Czytaliście dzisiejszą "Wyborczą"? Znów tam mowa o porażce polskiej nauki, tym razem w odniesieniu do rozdanych wczoraj przez Europejską Radę ds. Badań Naukowych grantów naukowych dla młodych naukowców. Statystyki brzmią groźnie, jeśli nie przerażają: do wzięcia było ponad 800 milionów €, które zostało rozdysponowane pomiędzy 536 naukowców z całej UE. Wśród tych 536 szczęśliwców znalazł się.. jeden Polak. A precyzyjniej: Polka. Dr Justyna Olko z UW badająca "etnohistorię i antropologię Mezoameryki prekolumbijskiej i wczesnokolonialnej oraz filologię i lingwistykę języka nahuatl (popularnie nazywanego azteckim)". Dziewiąta Polka w ogóle, która kiedykolwiek otrzymała tego rodzaju grant, pierwsza w dziedzinie humanistyki. Brawo!

Czasy się zmieniają - nie wystarcza już masowo uprawiać byle jakiej nauki,
trzeba skutecznie popularyzować i promowaćswoje pomysły, by
uzyskać środki na kontynuowanie swoich badań.  Źródło: flickr

"Gazeta" ubolewa nad tą porażką Polski, dobija czytelników poniżającym poziomem polskiej nauki. Wszystko to w tonie ostatnch artykułów dotyczących na przykład niskich notowań polskich uniwersytetów na świecie czy zaskakująco nieskiego poziomu ogólnej wiedzy naukowej  wśród naszych rodaków. Chcę się jednak zastanowić co jest naprawdę nietak. Po pierwsze, "Gazeta" nie podaje ile aplkacji zostało w ogóle nadesłanych. Tylko mając taką informację możemy rzetelnie ocenić nasz sukces (czy też porażkę). Średnio tylko 11% aplikacji zostaje nagrodzonych. Czy polska "skuteczność" plasuje się dużo powyżej czy poniżej tego poziomu? po drugie, zgadzam się Tomaszem Dietlem, który: 
[prof. Tomasz Dietl z Instytutu Fizyki PAN] tłumaczy, że w polskiej nauce brakuje liderów oraz mechanizmów wymuszających podejmowanie ambitnych tematów i projektów. Naukowcy boją się ryzyka i zmian, nie wierzą we własne siły, są niechętni do współpracy, a często zawistni. Żeby zdobyć grant, trzeba przekonać członków komisji oceniających, że ma się najlepszy pomysł. Wielu polskich uczonych tego nie umie.
Bo nie wierzę w mierny poziom polskich intelektualistów, szczególnie tych młodych (a do tych były kierowane granty): z mojego doświadczenia wynika, że bardzo wybijamy się na tle innych nacji pod względem kreatywności i pomysłowości. A pisanie aplikacji o granty to nie lada sztuka i to sztuka sama w sobie. Bo nawet jeżeli mamy wyśmienity pomysł na przełomowe badania, a nie jesteśmy w stanie go odpowiednio "sprzedać" - wtedy nici z naszego grantu (a w dłuższej perspektywie, pewnie i z naszej kariery). Na zagranicznych uniwersytetach organizowane są nagminnie spotkania, warsztaty czy kursy na temat pisania grantów, a za wiele z nich trzeba słono płacić. I nikt nie ma z tym problemów, bo wiadomo jest, że umiejętność skutecznego pisania aplikacji o granty jest w cenie. Nie jestem przekonana, czy taka świadomość istnieje na polskich uniwersytetach. Dodatkowo, aplikacje o granty to nie tylko określona forma "sprzedawania" swojego pomysłu, to również umiejętność wyjaśnienia w sposób przystępny, popularny dlaczego nasz pomysł jest taki dobry i dlaczego warto finansować nasze badania. A o popularyzowaniu nauki w Polsce już pisałam na tym blogu wiele razy (wystaczy kliknąć etykietę "popularyzacja"). 

Tak więc nie płakałabym niepotrzebnie nad polską naukę. Tylko wzięła siędo roboty i zaczęła uczyć się od najlepszych "miękkich" umiejętności "sprzedaży" swojej wiedzy i dobrych pomysłów.

czwartek, 23 sierpnia 2012

POLSKA IGNORANCJA W EUROPIE (+USA)

Ostatnio wypłakiwałam się wam w rękaw nad kiepskim stanem polskiej nauki w świecie, a teraz będę płakać nad... opłakanym rozumieniem nauki przez Polaków! A dwie te sprawy nie są tak zupełnie bez związku, jak się domyślacie.

Zanim zaczniecie czytać dalej, rozwiążcie proszę ten dość trywialny quiz. Nie powinno to zabrać więcej niż 5 minut waszego cennego czasu.
.
.
.
.
quizu
quizu
quizu
quiz
.
.
.
.
OK, już? I jak tam z wynikami? Podejrzewam, że nie najgorzej - bądź co bądź zaglądacie na bloga popularno-naukowego, więc sądzę, że jesteście nauką w jakimś stopniu zainteresowani.  Niestety nie można tego powiedzieć o większości Polaków. Podobna ankieta została przeprowadzona wśród 16 000 osób z 10 krajów europejskich (Austrii, Czech, Niemiec, Polski, Włoch, Hiszpanii, Francji, Holandii, Wielkiej Brytanii, Danii) oraz USA. O bardziej szczegółowej analizie wyników możecie przeczytać tutaj lub tutaj, jednak nie omieszkam wspomnieć kilku perełek:
  • 45% Polaków twierdzi, że Bóg stworzył człowieka w obecnej (i niezmiennej!) formie, 
  • 50% twierdzi, że ludzie żyli w czasach dinozaurów, a 
  • ponad trzy czwarte ankietowanych odpowiedziało, że antybiotyki mogą zwalczyć wirusy.

Płakać czy zgrzytać zębami?


Sama wiedza to nie wszystko, ankietowani byli również zapytani o to jak bardzo interesują się nauką czy też raczej jak "blisko" niej są. Czyli czy na przykład czytają magazyny/książki popularno-naukowe, oglądają takoweż programy telewizyjne, chodzą do muzeum, czytają nowinki naukowe, itd. Jak dość oględnie podsumowano w jednym z powyższych artykułów:
Według wyników badania Polacy wraz z Hiszpanami i Włochami są słabo związani z nauką i mało o niej wiedzą

"Jak to szło..? Słońce wokół Ziemi czy na odwrót..?"
 I dlaczego? Dlaczego? Odpowiedzi zapewne jest wiele i to nie samowykluczających się. Ale jeśli mam postawić na jednego konia, to stawiam.. na system edukacyjny promujący bezmyślne wkuwanie wiedzy (i to nie tylko sonetów krymskich, ale też wyników testów z fizyki) do głowy! Bo biologię, fizykę i chemię trzeba znać, a nie rozumieć. Z drugiej strony samo to wynika po części ze słabego wyposażenia szkolnych laboratoriów, promowania wśród uczniów przekonania, że istnieje tylko jedna właściwa odpowiedź oraz tego, że nauka jest czymś o czym czytamy w podręcznikach, o czym uczymy się w szkole, ale nie czymś co nas otacza i wpływa na nas i innych!


Buczę i spekuluję teraz pod nosem, bo problem na pewno jest bardziej złożony i na pewno nie dotyczy tylko Polski. Ale coś się we mnie burzy, gdy widzę, jak wszyscy dobrze zdają sobie sprawę z tego, jak ważna jest nauka dla rozwoju gospodarki, kultury, dobrobytu społeczeństwa, jak bardzo chcą się wybić na tle Europy i Świata, a jednocześnie nie robią nic, by naukę tę (i jej rozumienie) promować w skali zarówno lokalnej jak i globalnej. Chwała takim organizacjom jak Krajowy Fundusz na Rzecz Dzieci, chwała śmiałym inicjatywom jak Offtopicarium. Ale "programem specjalnym" trzeba objąć nie tylko wybitnych i szczególnie uzdolnionych, ale również Janka i Piotrka, którzy prawdopodobnie po skończeniu szkoly nie będą mieli z "czystą nauką" wiele do czynienia, ale którzy będą zafascynowani tęczą, bo zrozumieli skąd się bierze i którzy jednocześnie będą wyśmiewać horoskopy i wróżki, rozumiejąc, że mamy sposoby na odróżnienie rzeczy prawdopodobnych od niedorzecznych.


P.S. Jacek Kowalczyk również skomentował te wyniki na swoim blogu. Ku przestrodze weźmy cytat Mickiewicza zamieszczany pod koniec postu.. :> 





poniedziałek, 20 sierpnia 2012

POLSKA NAUKA W ŚWIECIE

Nauka jak sport, a naukowe rankingi jak olimpiada. Te i podobne porównania można znaleźć ostatnio na ramch Gazety Wyborczej. Najpierw Adam Wajrak i Piotr Cieślicki użyli takiego określenia przy komentowaniu ostatnich wyników światowego rankingu uczelni wyższych układanych rokrocznie przez Uniwersytet w Szanghaju. W skrócie: na 500 rozpatrywanych uczelni, dwa nasze najlepsze uniwersytety (Jagielloński i Warszawski) są w czwartej setce. I jak autorzy tekstu słusznie zauważają: jakoś w Polsce nikt się nie burzy, nikt nie protestuje, a politycy nie spieszą się by ze skruchą układać lepsze scenariusze poprawy. Od siebie muszę dodać, że takie plany najbardziej przydałyby się nie komentowanej fizyce czy matematyce, ale mojej ukochanej biologii właśnie! To jeszcze nie koniec. Dodatkowo Andrzej Udalski uzmysłowił nas w swoim liście, że szanse na poprawę są bardzo małe, bo brak obiektywnego systemu oceniania placówej naukowych oraz ich promowania. Piszę o tym trochę w złości, bo wydaje się jasne, że nie ma szans na wywarcie jakiegokolwiek ciśnienia na politykach, bo nie istnieje ani skuteczne 'lobby naukowe', ani opinia publiczna nie wydaje się być szczególnie zanteresowana patriotycznym promowaniem nauki w Polsce - bo jeśli Janek jest zdolny, to wyjedzie za granicę, tam będzie doceniony, z polem do popisu.. ehh.


poniedziałek, 13 sierpnia 2012

WYEWOLUOWALIŚMY BY.. BIEGAĆ


ResearchBlogging.org
Podczas oglądania rozgrywek olimpijskich, bieg maratończyków zawsze wzbudza u  mnie szczególne emocje. Pomyślcie tylko: biec nieustannie w tempie bliskim 20km/h przez 42km, nierzadko w uciążliwym upale. Dla porównania: gdy idziesz żwawym marszem osiągasz średnio 5km/h. Jeśli truchtasz spokojnie - 7-8km/h. I choć ta prędkość ma się nijak do blisko  100km/h osiąganych przez geoparda na krótkich dystansach, niemniej, na długich dystansach możemy prześcignąć w zasadzie każde zwierzę na Ziemi (przy odpowiednich warunkach atmosferycznych nawet konia - który jest przecież wybornym maratończykiem)!


Nagi mężczyzna w biegu (tak pisze sama Wikipedia!)


I zaskakujące jest to, że pomimo, że jesteśmy doskonale wyposażeni do biegania właśnie - w efektywny system chłodzący w postaci gruczołów potowych (nigdy więcej ziania!) i braku owłosienia, super silne ścięgna Achillesa, wielkie stawy kolanowe i w końcu w imponujący mięsień pośladkowy większy (potocznie zwany pupą -  jest on używany niemal wyłącznie przy bieganiu [1]) - jeszcze zaledwie 5 lat temu większość antrpologów twierdziła, że aktywnością, która zapewniła nam przetrwanie na Afrykańskiej sawannnie było.. chodzenie. I choć nikt nie przeczy, że w przeszłości chodziliśmy dużo, samo chodzenie nie wyjaśnia istnienia wspomnianych elementów anatomicznych. Dopiero później poszczególne elementy układanki zaczęły tworzyć zrozumiałą całość: poza naszą anatomią niemal stworzoną do długodystansowych biegów, odkryto, że wciąż wiele plemion pierwotnych stosuje tzw. polowanie uporczywe polegające na "zagonieniu" zwierzyny, aż ta pada z wyczerpania i przegrzania [2]. Zważcie, że przez pierwszy milion lat od 'zejścia z drzewa' nie istaniała żadna wyszukana broń, poza kamieniami i zaostrzonymi patykami [3]. Najlepszą bronią była wytrzymałość. Najprawdopodobniej dzięki tej strategii nasi przodkowie mogli włączyć mięso do swojej diety.

Uczestniczy pół-maratonu w Brukseli (Źródło: Wikipedia)
Ale nie dosyć na tym. Bieganie nie tylko kształtowało naszą ewolucyjną przeszłość, ale ma też wpływ na nasze zdrowie - również i dziś. I to nie tylko na zdrowie fizyczne (co się rozumie samo przez się), ale rówież psychiczne. W ostatnim Nature ukazał się komentarz Timothy'ego Noakesa i Michaela Speddinga gdzie autorzy sugerują, że brak biegania czy innej aktywności fizycznej może mieć związek z rosnącą liczbą zaburzeń psychicznych i poznawczych, takich jak depresja, schizofrenia czy choroba Alzheimera [3]. Spekulują oni, że spoiwem łączącym te dwa światy - fizyczny z psychicznym - może być białko BDNF (brain-derived neurotrophic factor-neutropowy czynnik pochodzenia mózgowego). Odgrywa ono kluczową rolę przy rozwoju mózgu, wpływając między innymi na kształtowanie się pamięci, poprawę łączności między neuronami, odgrywa też istotną rolę przy zaburzeniach neurologicznych. Ale to nie koniec! To samo białko poprawia metabolizm, spowalnia bicie serca, zwiększa wydajność mitochondriów w mózgu oraz obniża zapadalność na cukrzycę typu II i otyłość u myszy [3]. I wiecie co? Stężenie tego białka we krwi rośnie podczas ćwiczeń fizycznych.


Ale dlaczego bieganie (czy jakakolwiek inna aktywność fizyczna) miałaby mieć związek z funkcjami pozanwczymi i naszą psychiką? Autorzy artykułu sugerują, że przy polowaniu uporczywym, kluczowe było planowanie, orientacja przestrzenna oraz skuteczna komunikacja. Tak więc jakiekolwiek związki biochemiczne związane z ćwiczeniami, które poprawiały te aspekty poznawcze mogły mieć charakter adaptacyjny.  

Artykuł Noakesa i Speddinga nie jest artykułem naukowym sensu stricto - nie pokazują oni nowych badań, nie pokazują danych, o których nie wiedzieliśmy wcześniej. Natomiast syntezują oni wiedzę, którą już mamy i patrzą na nią z zupełnie innej perspektywy. Jeśli nasz ewolucyjny związek z bieganiem jest tak silny, że wpływa zarówno na nasze zdrowie fizyczne jak i psychiczne, to w skali globalnej możemy łatwo i tanio poprawić nasze niechlubne statystyki zdrowotne. I z tego oraz innych powodów nie mam zamiaru zrezygnować ze swojego treningu do pół-maratonu :) Ktoś się dołączy? :)

Do przeczytania wkrótce! 
 



1) Lieberman DE, & Bramble DM (2007). The evolution of marathon running : capabilities in humans. Sports medicine (Auckland, N.Z.), 37 (4-5), 288-90 PMID: 17465590

2) Louis Liebenberg (2006). Persistence Hunting by Modern Hunter- Gatherers Current Anthropology DOI: 10.1086/508695

3)  Timothy Noakes, & & Michael Spedding (2012). Olympics: Run for your life Nature DOI: 10.1038/487295a

wtorek, 14 lutego 2012

PO CO POPULARYZOWAĆ NAUKĘ?

Powoli dobiegamy końca postów z serii "JAK POPULARYZOWAĆ NAUKĘ?" przypieczętowanych moimi przemyśleniami o tym, po co w ogóle to robić. W gwoli przypomnienia:

  • W pierwszej częsci tej serii zwróciłam uwagę na sam charakter popularnej nauki, z czego on wynika i jakie ma konsekwencje 

piątek, 10 lutego 2012

JAK POPULARYZOWAĆ NAUKĘ? - część trzecia


I tak oto dochodzimy do trzeciego już postu z serii “Jak popularyzować naukę?”. Wpierwszej części pisałam o trochę nieuniknionym charakterze artykułów pop-sci i tego konsekwencjach. W części drugiej natomiast poszłam trochę dalej i opisałam możliwe zagrożenia płynące ze spłycania artykułów naukowych przez niekompetentnych dziennikarzy. Chciałam, by powiało tycią konrowersją, ale w tym poście chcę wszystko sprostować i wyjaśnić jak widzę popularyzowanie nauki w idealnym świecie.

niedziela, 5 lutego 2012

JAK POPULARYZOWAĆ NAUKĘ? część druga

Witam ponownie :) W pierwszej części wątku "JAK POPULARYZOWAĆ NAUKĘ?" pisałam trochę o trudnym charakterze popularyzacji nauki, który wynika między innymi z tego, dla kogo i w jaki sposób ją popularyzujemy. Podsumowałam, że w związku z określonymi preferencjami "ogólnej publiki", posty o tematyce naukowej przeważnie są krótkie, bardzo zwięzłe, o dość ograniczonej tematyce i pisane przeważnie przez dziennikarzy. No i co z tego? - możecie zapytać.

piątek, 3 lutego 2012

JAK POPULARYZOWAĆ NAUKĘ? - część 1

Dziś zaczynam ambitnie pytaniem, które niejako patronuje temu blogowi:  

Jak [dobrze, skutecznie, efe(y)ktownie] popularyzować naukę? 

Ale żeby było jasne, nawet nie śni mi się w pełni na nie odpowiedzieć, a chcę jedynie podzielić się z Wami moimi dotychczasowymi przemyśleniami. I jak zwykle, liczę na Wasze opnie i komentarze, na konstruktywną dyskusję, po prostu.  

wtorek, 24 stycznia 2012

POLSKIE PORTALE I BLOGI POPULARNO-NAUKOWE

... sa w przedsionku zawrotnej kariery czy u swego schylku? Nim skoncze przygotowania wczesniej obiecanego posta (mhm, bedzie znowu o alkoholu! ;) ), chcialam sie zastanowic przez chwile nad kondyncja polskiego internetu jesli chodzi o popularyzacje nauki.