Google Website Translator

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą badania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą badania. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 grudnia 2013

"PRZESTAŃCIE MARNOWAĆ PIENIĄDZE NA SUPLEMENTY DIETY!"

Jakiś czas temu pisałam o chwiejnych podstawach rozszczeń producentów suplementów diety o ich pozytywnym wpływie na nasze zdrowie czy funkcje myślowe. Wspomniałam, że ich zażywanie ma sens tylko wtedy, gdy jesteśmy pewni, że cierpimy na niedobór konkretnych witamin czy mikroelementów. Ale czy na pewno? Tak, na pewno.

Najnowsze Annals of Internal Medicine opublikowało niedawno wyniki aż trzech dużych badań naukowych, które mówią jasno: przestańce marnować pieniądze na witaminy i inne suplementy diety! [1]

Pierwsze podsumowanie kilku badań, w których w sumie udział wzięło ponad 400 000 uczestników, nie pokazało żadnego istotnego wpływu suplementów multiwitaminowych na śmiertelność [2]. W drugim badaniu nie znaleziono dowodów na to, by suplementy multiwitaminowe spowalniały spadek funkcji poznawczych u osób starszych, nawet po 12 latach ich regularnego zażywania! To z kolei zostało przeprowadzone na ponad 5000 uczestników [3]. I w końcu, wysokie dawki suplementów diety nie miały wpływu na ryzyko wystąpienia ponownego zawału serca u osób, które już raz taki zawał przeszły. To kolejne 1700 osób [4].

Źródło: flickr


Czy takie wyniki zaskakują? No nie! Bo jak witaminy mają pomagać, skoro nie cierpimy na ich brak? Współczesna dieta Zachodu jest najczęściej na tyle zbalansowana, by zapewnić nam odpowiedni poziom odżywienia (nie mówię tutaj o przypadkach skrajnych diet, ale one nie reprezentują "populacji generalnej").  Dlatego redaktorzy tego czasopisma naukowego nie kryją oburzenia wobec sztuczek i chwytów reklamowych producentów suplementów, gdzie się sugeruje, że nasza dieta jest "niewystarczająca", "niezdrowa" czy "wybrakowana", w związku z czym branie suplementów diety jest niezbędne. A prawda jest taka, że jemy za dużo, a nasza dieta jest co najmniej adekwatna [1].

Teraz jestem tylko ciekawa, czy te wiadomości trafią do szerszego grona konsumentów. Bo za suplementami diety idą grube pieniądze - wszak w samej Wielkiej Brytanii regularnie zażywa je co trzecia osoba! Podejrzewam, że w Polsce ta proporcja może być jeszcze większa. Kto więc zapłaci za upowszechnienie informacji o tym, że suplementy diety nic nie dają?

A ty? Czy ty zażywasz jakieś witaminy lub mikroelementy? Jeśli tak, daj znać, jeśli po przeczytaniu tego artykułu zmieniłeś/aś zdanie :)



REFERENCJE


[1] GUALLAR, E., STRANGES, S., MULROW, C., APPEL, L. J. & MILLER, I. I. I. E. R. (2013) Enough Is Enough: Stop Wasting Money on Vitamin and Mineral Supplements. Annals of Internal Medicine, 159, 850-851.

[2] FORTMANN, S. P., BURDA, B. U., SENGER, C. A., LIN, J. S. & WHITLOCK, E. P. (2013) Vitamin and Mineral Supplements in the Primary Prevention of Cardiovascular Disease and Cancer: An Updated Systematic Evidence Review for the U.S. Preventive Services Task Force. Annals of Internal Medicine, 159, 824-834.

[3] GRODSTEIN, F., O'BRIEN, J., KANG, J. H., DUSHKES, R., COOK, N. R., OKEREKE, O., MANSON, J. E., GLYNN, R. J., BURING, J. E., GAZIANO, J. M. & SESSO, H. D. (2013) Long-Term Multivitamin Supplementation and Cognitive Function in MenA Randomized Trial. Annals of Internal Medicine, 159, 806-814.


[4] LAMAS, G. A., BOINEAU, R., GOERTZ, C., MARK, D. B., ROSENBERG, Y., STYLIANOU, M., ROZEMA, T., NAHIN, R. L., LINDBLAD, L., LEWIS, E. F., DRISKO, J. & LEE, K. L. (2013) Oral High-Dose Multivitamins and Minerals After Myocardial InfarctionA Randomized Trial. Annals of Internal Medicine, 159, 797-805.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

UROKI NADWAGI I NIEBEZPIECZEŃSTWA NAUKI

ResearchBlogging.org Ostatnio w świecie medycznym aż zagrzmiało i powiało gorącym powietrzem w stylu westernowskim - bo tak jak w westernach mamy tutaj "dobrego gościa", "czarny charakter", a jeśli nie dobre zakończenie, to na pewno morał.

Wszytko poszło o "dobrego gościa", czyli o opublikowany przez Kathrine Flegal i jej współpracowników artykuł: jego celem było zbadanie związku między masą ciała (a konkrtniej wskaźnikiem masy ciała, tzw. BMI) a ryzykiem śmierci u ludzi w różnych grupach wiekowych. Niby nic nowego - podobne badania były regularnie przeprowadzane od wczesnych lat 60-tych ubiegłego wieku - a jednak tym razem chodziło o podsumowanie wszystkich dotychczas opublikowanych badań tego rodzaju i podsumowanie ich wniosków, czyli przeprowadzenie tak zwanej meta-analizy. A meta-analiza to już nie przelewki! Przeanalizowano w niej 97 wcześniej opublikowanych badań, w których udział wzięło łącznie 2.88 miliona uczestników! Na brak wystarczającej próby losowej nie można zatem narzekać, a tym bardziej ignorować wyników takiej meta-analizy.

Tabela wskaźnika masy ciała (BMI) w zaleźności od wzrostu i masy ciała. Źródło: Wikipedia
Zanim powiem, co takiego ciekawego znaleźli autorzy artykułu, zastanówmy się najpierw czego mogliśmy się po nim spodziewać? Nie jest nowiną, że osoby otyłe mają większą zapadalność na cukrzycę, choroby serca, raka i inne choroby przewlekłe. Dlatego też nietrudno jest przewidzieć, że im większa osoba - i jej wskaźnik BMI - tym większe powinna mieć ryzyko śmierci, a ryzyko to powinno rosnąć z wiekiem, koniec kropka. 

Nie do końca. Analiza Flegal i innych co prawda potwierdziła, że osoby otyłe - te z BMI powyżej 30 - mają wyższe ryzyko śmierci niż osoby szczuplejsze, ale wśród osób starszych ci z nadwagą (BMI pomiędzy 25 a 30) mieli NIŹSZE ryzyko śmierci nie tylko od osób otyłych, ale również od tych z normalną wagą (BMI 18.5-25) i różnice postępowały z wiekiem i były najwyraźniejsze wśród 70-latków. No i jak ugryźć taki rezultat, po dekadach zaleceń, że nadmiarowe kilogramy są zawsze be i trzeba się ich wystrzegać za wszelką cenę?


Zależność między BMI a ryzykiem śmierci dla różnych grup wiekowych.
Opublikowane w Childers & Allison (2010), Int. J.Obesity; za nature.com
Zacznijmy od tego, że podobny wynik nie jest zupełnym zaskoczeniem. Już wcześniej sugerowano taką U-kształtną zależność między wagą a ryzykiem śmierci - i nawet nadano jej nazwę "paradoks otyłości" [obesity paradox] -  natomiast najczęściej ją dyskredytowano argumentami natury statystyczno-metodologicznej. Teraz jednak trudno było zignorować ten wynik, biorąc pod uwagę ogrom przeanalizowanych danych.

I tutaj na scenę wchodzi "czarny charakter" - Walter Willet z Harvardu. Jest on jednym z najgłośniejszych i chyba najbardziej zaciętych krytyków tej meta-analizy. Nie przebiera on też w słowach: w jednym z wywiadów radiowych miał powiedzieć, że “ To badanie to stek bzdur i nikt nie powinien tracić czasu na jego czytanie. Artykuł Flegal jest tak mierny, tak mylący i zwodniczy, że wręcz niebezpieczny, bo może przewrócić w glowie niektórym lekarzom którzy przestaną rugać pacjentów z nadwagą". Co gorsza, ten pomysł może zostać wykorzystany przez np. lobby fast-foodowe lub napojów gazowanych, dodaje.

Co dokładnie ubodło Willeta w tym artykule? Przede wszystkim badanie Flegal niezupełnie wzięło pod uwagę efekt wieku, palenia papierosów i związanej z chorobą utraty masy ciała. Rzecz w tym, że np.wieloletni nałogowi palacze mają często niższą masę ciała od tych, co palą mniej. Według Willeta, gdyby Flegal zawęziła swą analizę tylko do osób niepalących, jej wyniki pokazałyby śmiertelność proporcjonalną do masy ciała. Dodatkowo, osoby cierpiące na różnego rodzaju choroby i schorzenia tracą w efekcie kilogramy, co może mieć tym większe znaczenie im osoba jest starsza - to również nie zostało wzięte pod uwagę w meta-analizie.

Autorka artykułu nie pozostaje dłużna oponentowi - twierdzi, że zawężanie analiz do jednej tylko grupy badanych i ignorowanie ogromu danych jest nieprofesjonalne, szczególnie, że nie wiemy jak np. grupa ludzi, która nigdy nie paliła papiersów różni się od reszty populacji.

A co na to inni specjaliści? Szukają złotego środka, naturalnie! Zarówno Flegal jak i Willet mają częściowo rację, po prostu patrzą na dostępne dane pod innym kątem. Reszta badaczy próbuje zrozumieć dlaczego ta U-kształtna zależność w ogóle występuje. Jak wspomniałam powyżej, po części mogą być za to odpowiedzialne osoby cierpiące na chroniczne schorzenia, u których podwyższona masa ciała może oznaczać więcej energii na zwalczenie/tolerowanie choroby. Z drugiej strony wchodzi w grę niedoskonałość samego wskaźnika masy BMI - bo można być "kilogramowo" szczupłym, a otyłym fizjologicznie, tzn. mieć wysoki poziom insuliny i trójglicerydów we krwi, a tym samym wyższe ryzyko rozwinięcia cukrzycy i chorób serca. Z drugiej strony można być w doskonałej formie fizycznej i mieć wysoki stosunek masy mięśniowej do tkanki tłuszczowej i pod względem BMI być osobą otyłą. 

Kulturyści, przynajmniej według suchego wskaźnika BMI,
są bezwstydnymi grubasami. Źródło: Wikipedia
Czas najwyższy na morał: po pierwsze, opisywana meta-analiza nie przeczy dekadom pouczeń płynących do nas od lekarzy i naukowców: tylko dlatego, że 70-latkowie wykazują niższe ryzyko śmierci, gdy mają kilka zbędnych kilogramów, nie oznacza, że nagle "nadwaga jest dobra"! Tak więc wciąż należy unikać papierosów, alkoholu, fast-foodów, napojów gazowanych etc., jeść warzywa i owoce oraz ćwiczyć regularnie. Po drugie, nauka to nie tylko suche fakty, a raczej suche fakty to dopiero początek długiej i nierzadko krętej drogi do zrozumienia rzeczywistości. I podobnie tutaj, opublikowany artykuł nie przeczy czy zmienia całkowicie naszej dotychczasowej wiedzy, a dodaje jej głebi i stawia kolejne pytania wymagające odpowiedzi: co stoi za U-kształtną zależnością i do jakich grup ludzi się ona stosuje? I po trzecie: tak naprawdę nie ma tutaj "dobrych gości" i "złych charakterów" - w nauce im więcej dobrej jakości danych tym lepiej, a konstruktywna krytyka jest zawsze pożądana. Jedynym niebezpieczeństwem nauki jest jej spłycanie przez mało profesjonalne notki popularno-naukowe i przez grupy mające interes w rozpowszechnianiu mylących przesłań i manipulacji. Zresztą, żyjąc w tak fascynująco złożonym świecie, kogo interesują "proste" półprawdy i generalizacje? :)

Do przeczytania wkrótce!


REFERENCJE

1) Flegal, K. M., Kit, B. K., Orpana, H. & Graubard, B. I (2013). Association of all-cause mortality with overweight and obesity using standard body mass index categories. A systematic review and meta-analysis BDJ, 214 (3), 113-113 DOI: 10.1038/sj.bdj.2013.131

2) Willett, W. (2013). Overweight, Obesity, and All-Cause Mortality JAMA, 309 (16) DOI: 10.1001/jama.2013.3075

niedziela, 31 marca 2013

SZCZĘŚCIA!

Wbrew temu, co widzimy za oknem, mamy Wielkanoc, a nie Boże Narodzenie! Tymczasem przy obu okazjach życzymy sobie samych dobrych rzeczy, ze zdrowiem, szczęściem i pomyślnością na czele. Tego i ja Wam wszystkim życzę, ale by nie były to życzenia bez pokrycia, to warto wysłuchać co nam mówią badania psychologiczne o tym co nas uszczęśliwia.


"What makes us happy?", TED





A by obyło się bez nudy i przytłaczających statystyk, proponuję oglądnięcie w wolnej chwili tych oto wykładów TED, może zamiast wieczornego filmu? :)



Seminarium rozpoczynające cykl wykładów TED "Co czyni nas szczęśliwymi"?



Jest zaskakujące jak uniwersalne mogą być prawidła szczęścia, niezależnie od naszej płci, wieku i kultury. Choć nie chcę psuć zabawy ich odkrywania, dam przedsmak choćby kilku z nich:

- pieniądze jendak dają szczęście, ale pod dwoma warunkami: jeżeli są wstanie nam zapewnić podstawowe potrzeby życiowe i jeżeli wydajemy na... innych

- wolność wyboru może nas uszczęśliwić tylko do pewnego stopnia. Ale za duży wybór i poczucie straconych szans tylko nas unieszczęśliwia

- szczęście to również nasze wspomnienia i interpretacja pewnych doświadczeń, jak również zestawienie ich z naszymi oczekiwaniami. A na te bardzo często mamy duży wpływ, warto o tym pamiętać! 

- poczucie szczęścia to nie obiektywna rzeczywistość - można je wykształcić poprzez kształtowanie odpowiednich nawyków myślowych

- i w końcu: siła uśmiechu jest nie do przecenienia! Starajmy się uśmiechać zatem, nawet gdy jest nam nie do śmiechu.

Szczęśliwych Świąt (i nie tylko Świąt)!!

Do przeczytania wkrótce!

sobota, 23 marca 2013

DŁUGIE I ZDROWE ŻYCIE - CZY PIENIĄDZE TO WSZYSTKO?

Po bardzo długiej przerwie w pisaniu, postanowiłam zmienić podejście do moich postów i zamiast pisać długie, rozwinięte artykuły, postaram się zamieszczać raczej krótkie i zwięzłe wiadomości - miejmy nadzieję, że wszyscy na tym skorzystamy!





Po oglądnięciu wystąpienia Francisa Collinsa w TedMed jestem trochę zagubiona. Bo to prawda, że żyjemy w niesamowitych czasach, gdzie możemy inwestować pokaźne środki, czas i ludzki talent w odkrywanie leków, które później pomogą ludziom cierpiącym na nawet najrzadsze z chorób. To wielki przywilej. Ale zapytam się: co z ludźmi, których średnia długość życia to nie 79 lat, a na przykład 52 i którzy nie mogą sobie pozwolić na zakup najbardziej podstawowych leków (które wiemy, że działają!) przeciwko najbardziej powszechnym chorobom-zabójcom? Malaria, zapalenie płuc, HIV... czy nawet dziecięca biegunka? Jak podejść do tego problemu, jak wyrównać szanse?





Do przeczytania wkrótce

czwartek, 27 grudnia 2012

KUCHNIA CELEBRYTÓW NIE TAKA ZDROWA JAK JĄ PISZĄ

Chyba każdy z nas słyszał  - czy to od swojej mamy czy babci - że nie ma nic lepszego niż domowe jedzenie (po czym na pewno padło kilka obelg w kierunku junk-foodów i "pełnych chemii" gotowych posiłków do podgrzania w mikrofali). I jakby sentyment nie wystarczył, myśl tę poparli też naukowcy w związku z toczącą się na świecie batalią z otyłością, szczególnie w USA i UK. Stała za tym filozofia, że producenci gotowych posiłków i właściciele restauracji chcą z jednej strony serwować jedzenie smaczne, po które sięgniemy ponownie w przyszłości  (czytaj: pełne nasyconych tłuszczów, soli i/lub prostych cukrów) i które jednocześnie będzie tanie, tzn. wytrzymać na pólce sklepowej/ladzie kuchennej odpowiednio długo (czyli musi zawierać mnóstwo konserwantów, w tym soli). A to wszystko szczupłości i zdrowiu nie sprzyja. Tak więc domowe jedzenie miało być receptą na całe te otyłości zło :) Wnioski takie  świetnie podsumował Harry Balzer, naukowiec zajmujący się marketingiem żywności w wywiadzie z Michaelem Pollanem:

“Proste. Chcesz, by Amerykanie jedli mniej? Mam dla ciebie dietę, której szukasz. Jest krótka i prosta. Oto mój plan: gotuj w domu.  To wszystko. Jedz co tylko ci się podoba - jeśli tylko będzie przygotowane przez ciebie. "

Jeśli to prawda, ostatni boom programów kulinarnych powinien tu pomóc - kucharze stają się prawdziwymi gwiazdami, ich programy biją rekordy popularności, a książki kucharskie są obecnie najlepiej sprzedającą się literaturą z rodzaju nonfiction w Wielkiej Brytanii. Skoro tak dziarsko podchodzimy wszyscy do gotowania, pokonanie epidemii otyłości pozostanie zapewne tylko kwestią czasu. Tylko czy gotowanie w domu faktycznie zawsze wychodzi nam na zdrowie?

Pewne rzeczy się nie zmieniają: świeże owoce i warzywa wciąż pozostają częścią zdrowej i zbalansowanej diety.
Zdjęcie: Wikipedia


ResearchBlogging.org

Zdrowy rozsądek sobie, a badania naukowe sobie.  Ostatnio opublikowany w prestiżowym BMJ artykuł naukowców z Newcastle, UK, wydaje się temu zaprzeczać. Konkretnie, porównali oni jakość odżywczą 100 gotowych do spożycia posiłków z trzech wiodących marketów w Wielkiej Brytanii (Tesco, Asda oraz Sainsbury's) z setką najbardziej popularnych przepisów pochodzących z książek największych (angielskich) gotujących celebrytów (Jamie Oliver, Nigella Lawson, Lorraine Pascale i Hugh Fearnley-Whittingstall). Ale żeby porównania były bardziej reprezentatywne, skupiono się jedynie na gorących posiłkach, które mogły być spożywane na codzień, a nie na specjaną okazję, oraz nie były śniadaniem ani zupą :)

Wyniki? Ani gotowe posiłki, ani przepisy popularnych kucharzy nie spełniły w całości zaleceń Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). OK, tutaj może nie ma specjalnej niespodzianki. Co najbardziej zaskakuje jednak to to, że posiłki z angielskich marketów okazały się dużo częściej zdrowsze od posiłków celebrytów: były mniej kaloryczne (w przeliczeniu na porcję), zawierały mniej białka i tłuszczy, również tych  nasyconych, oraz miały statycznie więcej błonnika. Ale żeby nie było: obie klasy posiłków posiadały więcej białka, tłuszczy i soli niż rekomenduje WHO, natomiast miały mniej węglowodanów i błonnika. Przynajmniej spełniały te normy dotyczące cukrów prostych ;) 

No i masz tu babo placek - już wydawało się, że dokonujemy rewolucji żywieniowej "wciągając się" w gotowanie, uczenie się nazw egzotycznych owoców i warzyw, a i pewnie nałogowe śledzenie programów kulinarnych, a tu okazuje się, że nie ma prostych odpowiedzi ani rozwiązań. Bez powszechnej edukacji w kwestii jedzenia, zbalansowanej diety oraz składników odżywczych ani rusz. Trzeba myśleć co sie je, kiedy i ile. Ale jedno pozostaje pewne: gotowanie w domu wciąż pozostaje jedynym sposobem na pełną kontrolę tego co się je - czy użyjemy surowych czy smażonych warzyw, oliwy zamiast masła, szczypty czy łyżeczki soli  - to wszystko zależy od nas. Stąd amatorskie gotowanie to wciąż dobry start na drodze do zdrowszego jedzenia, sęk w tym, że ślepe gotowanie tego, co nam sugeruje telewizja i inne media nie zagwarantuje nam ani szczupłej sylwetki, ani setki lat życia w szczęsciu i zdrowiu :) To ostatnie wciąż pozostaje w naszych rękach.


OMAWIANY ARTYKUŁ:
  • Howard, S., Adams, J., & White, M. (2012). Nutritional content of supermarket ready meals and recipes by television chefs in the United Kingdom: cross sectional study BMJ, 345 (dec14 14) DOI: 10.1136/bmj.e7607

niedziela, 2 grudnia 2012

CZY MAGNEZ POPRAWIA NASZĄ PAMIĘĆ?

Trochę onieśmielają mnie reklamy w polskim radiu. Co druga dotyczy suplementów diety, a połowa  z nich zachwala zbawienny wpływ magnezu na wszelkiego rodzaju procesy myślowe, włączając w to uczenie się i zapamiętywanie. Ale czy prawdą jest to, co tyle polskich reklam bierze za pewnik?

Prawie niemal cała wiedza jaką mamy o działaniu magnezu na procesy poznawcze i zapamiętywanie pochodzi z badań nad myszami i szczurami. Źródło fot: Wikipedia

I tak i nie, to znaczy - jak to w nauce zwykle bywa - nie wiemy na pewno :) Rzecz w tym, że od dekady są wykonywane badania na myszach i szczurach i te są dość obiecujące, ale zanim przejdę do ich omówienia, krótki wstęp o tym jak się uczymy i zapamiętujemy:

Istnieje w neurobiologii zasada Hebba, która stwierdza, że uczenie się i pamięć zależą od modyfikacji połączeń synaptycznych między neuronami, które są aktywne w tym samym czasie. Czyli na przykład to, jak szybko skojarzymy datę 1410 z bitwą pod Grunwaldem będzie zależyć jak silne połączenie synaptyczne jest między tą datą a danym wydarzeniem. Przeważnie wzmacniamy te połączenia dzięki regularnemu (i mozolnemu) powtarzaniu danych informacji, aż w końcu zostaną one z sobą skojarzone (połączenia synaptyczne będą wystarczająco silne).

ResearchBlogging.org A teraz z powrotem do badań na myszach: znamy u nich receptor, który wzmacnia połączenia synaptyczne (i nazywa się NR2B, jeśli musicie wiedzieć). I istotnie, od 1999 roku wiemy, że mysia pamięć może zostać znacznie polepszona jeśli tenże receptor jest w stanie nad-ekspresji [1]. Ale to tylko początek, bo już od 2004 roku wiemy, że magnez odgrywa kluczową rolę w wywoływaniu tej nad-ekspresji [2]. A od 2010 roku wiemy z badań na szczurach, że podwyższone poziom magnezu w mózgu poprawia zarówno krótko- jak i długo-terminową pamięć u tych gryzoni [3].

Wszystko w porządku, póki co. Ale co z ludźmi? O ludziach i magnezie wiemy niewiele: ot, tyle, że u starszych ludzi poprawia on sen (wydłuża fazę głębokiego snu) oraz obniża poziom kortyzolu, tzw. "hormonu stresu" [4]. I tyla.

Pytanie: jak to możliwe, że jest tak niewiele badań z udziałem ludzi? Odpowiedź jest prosta: badania kliniczne są szalenie drogie, a suplementów magnezu nie można opatentować, więc firmy farmaceutyczne nie otrzymałyby właściwego zysku z ich sprzedaży. Pat? Niekoniecznie.

Ostatnio znów zrobiło się głośno o magnezie, gdy amerykańska (a jakże!) firma farmaceutyczna Magceutics of Hayward z Kaliforni ogłosiła rozpoczęcie badań klinicznych nad suplementem magnezu Magtein. Co się zmieniło, że właśnie oni zabierają się za inwestycję w badania nad magnezem? Sekret Magtein polega na tym, że dostarcza on magnez bezpośrednio do mózgu (to znaczy przełamuję barierę krew-mózg), czego żaden obecnie dostępny na rynku suplement diety nie potrafi. Czy w takim razie dowiemy się wkrótce prawdy o ludziach i magnezie? To wcale nie jest jasne. Magceutics of Hayward przeprowadzają badania na osobach ze stanami lękowymi (ang. anxiety), by sprawdzić czy magnez może zmniejszyć poziom odczuwanych lęków i poprawić jakość snu. Monitoring innych funkcji poznawczych, takich jak pamięć, ma być tylko pobocznym pomiarem. Dodatkowo, badanie uwzględni jedynie 50 uczestników (25-przyjmujących Magtein i 25-placebo), co daje słabe szanse na uzyskanie znaczącego wyniku - by mówić o reprezentatywnych danych, potrzebaby tysięcy pacjentów. Tak więc albo nie zobaczymy efektu suplementu, bo próba będzie za mała, a nawet jeśli tak, to interpretacja wyników będzie ograniczona, bo odniesie się jedynie do ludzi ze stanami lękowymi.


Tak więc wygląda na to, że jeszcze przez długi czas pozostaniemy bez lepszej odpowiedzi na to, czy warto łykać suplementy magnezu, co oznacza, że śmiałe roszczenia reklam suplementów magnezowych mają się nijak do naukowej, opartej na twardych danych rzeczywistości. Jak dla mnie, w codziennej diecie zawsze lepsze wydaje się przyjmowanie mikro- i makro-elementów w pożywieniu (np. produkty bogate w magnez to fasola, orzechy włoskie, płatki owsiane, czekolada, itd.), chyba, że cierpimy na krytyczny niedobór. I jak ze wszystkim - co za dużo, to niezdrowo, a ja na swój brak wybitnej pamięci zacznę się uczyć mnemotechnik, o! I też wzmocnię połączenia synaptyczne, jak nic! :)

do przeczytania wkrótce!


REFERENCJE

1) Tsien, J., Tang, Y., Shimizu, E., Dube, G., Rampon, C., Kerchner, G., Zhuo, M., & Liu, G. (1999). Genetic enhancement of learning and memory in mice Nature, 401 (6748), 63-69 DOI: 10.1038/43432

2)  Slutsky, I., Sadeghpour, S., Li, B., & Liu, G. (2004). Enhancement of Synaptic Plasticity through Chronically Reduced Ca2+ Flux during Uncorrelated Activity Neuron, 44 (5), 835-849 DOI: 10.1016/j.neuron.2004.11.013

3) Slutsky, I., Abumaria, N., Wu, L., Huang, C., Zhang, L., Li, B., Zhao, X., Govindarajan, A., Zhao, M., Zhuo, M., Tonegawa, S., & Liu, G. (2010). Enhancement of Learning and Memory by Elevating Brain Magnesium Neuron, 65 (2), 165-177 DOI: 10.1016/j.neuron.2009.12.026

4)   Held, K., Antonijevic, I., Künzel, H., Uhr, M., Wetter, T., Golly, I., Steiger, A., & Murck, H. (2002). Oral Mg2+ Supplementation Reverses Age-Related Neuroendocrine and Sleep EEG Changes in Humans Pharmacopsychiatry, 35 (4), 135-143 DOI: 10.1055/s-2002-33195

niedziela, 21 października 2012

MOC DZIELENIA SIĘ

Stwierdzenia że "żyjemy w niezwykłych czasach", gdzie napływ informacji jest "przygniatający" i "wręcz niemożliwy do ogarnięcia" stały się swego rodzaju credo/cliché XXI wieku. Ale cóż zrobić - one są dosć prawdziwe! I nie mam tu na myśli tylko informacji naukowych  (np. liczby dostępnych publikacji naukowych) czy "news-owych" (relacje z wydarzeń na świecie real time).

Pomyślcie raczej o fenomenach współczesnego internetu, o których się nawet Lemowi nie śniło: Twitter, gdzie każdy może podzielić się jakimś skrawkiem informacji, opinią, nastrojem;  przedyskutować je,  czy po prostu stwierdzić, że są zabawne. Facebook, gdzie każdy może załadowac zdjęcie swojej kolacji, czy pochwalić się nową tapetą w przedpokoju. I nie trzeba być emocjonalnym ekshibicjonistą, by sprawić by taki system przyniósł korzyści również ludziom spoza grona naszych bezpośrednich znajomych: Wikipedia czy programy freeware opierają się na dobrej woli grupy wolontariuszy, którzy coś wiedzą i chcą się tą wiedzą podzielić. 

Cnota dzielenia się. Źródło: soshable.com


Co mają te inicjatywy ze sobą wspólnego? Przynajmniej dwie rzeczy: dzielenie się wiedzą jest dobrowolne i.. darmowe. Spójrzmy prawdzie w oczy: lubimy się dzielić, nie tylko  informacjami o sobie. Dlaczego nie wykorzystać tej tendencji i nie użyć jej do stworzenia rzetelnej wiedzy naukowej?

Aplikacja "The Eatery".
Źródło: https://eatery.massivehealth.com/
Dobrym początkiem może być aplikacja "The Eatery", gdzie użytkownicy przesyłają zdjęcia spożywanego jedzenia (czyli coś, co wiele osób i tak robi na Facebooku ;) ) przy jednoczesnej ocenie wielkości posiłku oraz tego jak zdrowy on jest. Naturalnie, można stworzyć całą społeczność ludzi, którzy postępują podobnie i oceniają również cudze posiłki. Niby nic, ale dzięki informacjom zgromadzonych przez tę aplikację wiemy, że 72% posiłków jest oceniana przez osoby je spożywające jako zdrowsze niż przez innych. Jednym słowem: moja pizza jest zdrowsza niż twoja :) Dalej myślicie, że to nic? Ale tego rodzaju badania w przeszłości trwały całymi latami i kosztowały setki tysięcy dolarów, natomiast ten projekt trwał 5 miesięcy i był przeprowadzony przez nowozałożoną firmę składającą się z dwóch osób. Poza tym potencjał tych informacji jest dużo większy - jeśli będziemy mieć wystarczająco wiele osób używających tego programu przez wystarczająco długi czas, możemy zacząć porównywać różne style żywienia i powiązać je z konkretnymi przypadłościami. 



(tak na marginesie, dane zgromadzone przez takiego rodzaju oprogramowanie są o tyle bardziej rzetelne, że zwykle podobne badania opierają się na wspomnieniach badanych, które, jak łatwo się domyślić, do najbardziej wiarygodnych nie należą).

Można iść o krok dalej i przeciwdziałać problemowi opisanemu przeze mnie w poprzednim poście: zatajaniu danych przez firmy farmaceutyczne. W skrócie, pacjenci bardzo często zgadzają się wziąć udział w badaniach klinicznych wierząc, że te dane przysłużą się w przyszłości do stworzenia skuteczniejszych leków. Natomiast w rzeczywistości otrzymane z badań dane są wlasnością firm farmaceutycznych, które nia mają obowiązku ich w całości udostępniać. Co gorsza, w praktyce publikowane są przede wszystkim wyniki sugerujące pozytywne skutki promowanego leku, a te nie wykazujące żadnych korzyści (czy, co gorsza, ukazujące skutki uboczne) są najczęściej wrzucane do szuflady. Gdyby istniał system "donacji danych", które byłyby później publicznie dostępne (pod patronatem np. Creative Commons), wielu z tych problemów możnaby uniknąć.
I to jest dokładnie to, co usiłuje stworzyć inicjatywa "WeConsent.us", świetnie zaprezentowana przez Johna Wilbanksa w poniższej prezentacji TED. Choć inicjatywa dotyczy przede wszystkim pacjentów, którzy posiadają dane o swoim genomie, powinno być zdecydowanie więcej podobnych projektów, które byłyby mniej eksluzywne, ale działałyby na tej samej zasadzie. Oznaczałoby to przeprowadzanie badań epidemiologciznych na niespotykaną dotąd skalę gdzie zgrodzone informacje byłyby dostępne dla grup badawczych czy korporacji o różnych zainteresowaniach, interesach, a tym samym posiadającym różne sposoby analizy i interpretowania tych danych.

Tak więc wyobraźcie sobie udostępnianie swoich sezonowych wyników badań krwi, wizyt u dentysty z jednoczesnym relacjonowaniem swojej diety. Choć nam może się wydawać, że nie jemy dużo słodyczy, dzięki istnieniu otwartych baz danych, możnaby porównać się w skali danej populacji (Polaków), całego świata (założę się, że mimo mej miłości do lodów i tak jem mniej słodyczy niż przeciętny Szwed!), to dodatkowo łatwiej byłoby zrozumieć skąd ta próchnica i podwyższony cukier krwi. A to w zrozumieniu tkwi droga do poprawy - nasze dane nie tylko przysłużyłyby się szerzej pojętemu "dobru ludzkości", ale też nam samym.  





Naturalnie, jak zwykle w przypadku nieograniczonej dostępności danych, istnieją pewne problemy: (i) dane mogą nie być całkowicie reprezentatywne, jako, że ludzie chorzy mogą częściej dzielić się informacjami o sobie niż osoby zdrowe (z nadzieją na znalezienie leku na ich przypadłość).  To stworzyłoby sytuację, gdzie nie posiadamy należytej grupy kontrolnej. (ii) nasze dane mogą zostać wykorzystane do niepowołanych celów, np. do manipulowania ludzi do używania określonych środków medycznych czy korzystania z usług znachorów po przeprowadzeniu niekompetentnych analiz statystycznych.

Co do pierwszego problemu, częściowym jego rozwiązaniem może być promocja tego rodzaju inicjatyw i rozpowszechniona edukacja o ich dobroczynnych skutkach. Drugiego problemu nie unikniemy nigdy i zawsze musimy się liczyć z nadużyciem danych, nad dostępnością których nie ma żadnej kontroli. Z drugiej jednak strony, nawet niepubliczne dane są dziś nadużywane (raz jeszcze, odsyłam do ostatniego postu), a wierzę, że korzyści płynące z publiczności i otwartości informacji, na które patrzy wiele par oczu, są nieproporcjonalnie większe.

czwartek, 27 września 2012

"OSZUKAŃCZA" MEDYCYNA?

Ben Goldacre to zabawny gość - mówiący jak na mój gust przynajmniej 1089 słów na sekundę, z furą włosów na głowie przypominającymi raczej baranka po kiepskiej trwałej niż cokolwiek innego. Ma też typowo angielskie, słodko-gorzkie poczucie humoru, a mimo to prawie nigdy się nie uśmiecha.  Dość łatwo możnaby go wziąć za komika, gdyby nie fakt, że jest doktorem medycyny i epidemiologiem-statystykiem. Jakby to nie zajmowało mu wystarczająco wielu godzin na dobę, to pisze książki ("Bad Science", oraz wydaną na dniach "Bad Pharma"), prowadzi własną kolumnę w "Guardianie" oraz dwa blogi (mniej oraz bardziej poważny) i reguralnie twitteruje do swoich przeszło 225 tysięcy czytelników. Uff.

Co jeszcze warto wiedzieć o Benie? Że jest irytująco odporny zarówno na "bullshit", jak i na poprawność polityczną.  I chyba to, że mówi o rzeczach ważnych. Stąd  zapewne jego zamiłowanie do demaskowania nonsensów, szarlatanów, homeopatów i pseudonauki (wpiszcie jego imię na youtubie a sami zobaczycie jaki to bezlitosny gość). A ostatnio również przekrętów "wielkiej farmy".


W swoim ostatnim artykule w "Guardianie" (który jest de facto fragmentem jego najnowszej książki) Goldacre opisuje kilkanaście takich "przekrętów" i zwraca uwagę na poważny problem: zatajania niepochlebnych wyników badań przez koncerny farmaceutyczne. Że co?

Na przykład reboksetyna - popularny antydepresant. Nawet Goldacre przypisywał go swoim pacjentom, po zrobieniu wszystkiego co w swojej mocy, by upewnić się, że lek jest godny zaufania: przeczytał wszystkie dostępne publikacje naukowe na temat tego leku, upewnił się, że ma lepszy efekt od placebo (wykazane w jednej próbie) i jest tak dobry jak konkurencyjne leki na rynku (wykazane w trzech eksperymentach). Wszystko to poparte dobrze zaprojektowanymi badaniami, z przyzwoitą liczbą uczestników. Nie pozostało nic innego jak wypisać receptę. 

Ale Ben, zarówno jak tysiące lekarzy i pacjentów, został wprowadzony w błąd: okazuje się, że nie wszystkie badania przeprowadzone nad skutecznością reboksetyny zostały opublikowane. Co zostało zatajone? To, że było w sumie 7 eksperymentów porównujących ten lek z placebo - nie jeden - z dziesięciokrotnie (tak! 10x!) wyższą liczbą uczestników. Sześć z tych prób pokazało, że reboksetyna nie jest lepsza w leczeniu depresji od zwykłej tabletki cukrowej (placebo). Tylko pozytywny wynik ujrzał (publiczne) światło dzienne. Co z porównaniem reboksetyny do konkurencyjnych leków? Okazuje się, że istnieją dane od trzykrotnie większej liczby pacjentów, które zastały zatajone i które pokazały, że stan uczestników badania przyjmujących reboksetynę w zasadzie się pogorszył w porównaniu z pacjentami przyjmujących konkurencyjne leki. Jakby tego było mało, zatajone dane jasno pokazały, że reboksetyna miała też więcej skutków ubocznych.
  
Jak przypomina Goldacre: to jest, najprościej w świecie, oszustwo naukowe. Jeśli opublikowałabym artykuł naukowy, gdzie arbitralnie "zignorowałabym" połowę pomiarów, społeczność naukowa od razu podniosłaby krzyk, nazwałaby mnie oszustką i wycofała artykuł z obiegu. W badaniach klinicznych tak się nie dzieje. 


Esomeprazol - niby lek na wrzody, który nie ma nic do
czynienia z lekami opisywanymi tutaj, ale
potrzebowałam zdjęcia tabletek ;) Źródło: Wikipedia

Jakim cudem istnieje system, gdzie nie tylko informacje o braku działania jakiegoś leku mogą zostać wrzucone do szuflady, ale również dane na temat ich negatywnych skutków? Dzieje się tak, bo koncerny farmaceutyczne rządzą się po trosze własnymi prawami. Naturalnie, każda firma farmaceutyczna powinna  uzyskać zgodę na przeprowadzenie badań klinicznych (w Polsce od  Prezesa Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych), następnie badania te są wpisane do Centralnej Ewidencji Badań Klinicznych. Choć starałam się doczytywać obszerne materiały w tej dziedzinie, nie doszukałam się informacji o konieczności publikowania wszystkich zarejestrowanych prób klinicznych w Polsce. Jedynie "Zbiór zasad prowadzenia badań klinicznych" wspomina o "Umieszczaniu, jeśli to możliwe, danych dotyczących badania zgodnie ze standardem strony www.clinicaltrials.gov na polskojęzycznych stronach internetowych sponsorów (firm farmaceutycznych)". 

Czy upowszechnione czy nie, dane muszą trafić do wewnętrznego kontrolera czy grupy rządu, która wcale nie ma obowiązku dzielenia się tymi informacjami z lekarzami czy naukowcami. Na przykład Amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków (FDA) - agencja rządowa odpowiedzialna za, między innymi, kontrolę żywności, suplementów diety i leków - nie spieszy sięz publikacją posiadanych danych. Pomimo istnienia od 2007 roku obowiązku publikowania wyników wszystkich przeprowadzonych badań klinicznych w USA  na stronie www.clinicaltrials.gov, w 2009 roku mniej niż jedna czwarta wszystkich wyników ujrzała światło dzienne. W takiej sytuacji, jeżeli te dane nie są dostępne na stronach internetowych, około połowa badań klinicznych doświadcza pewnego rodzaju zatajeń, a negatywne wyniki mają dwukrotnie mniejszą szansę publikacji w periodykach naukowych niż dane pozytywne, jakim cudem lekarze i pacjenci mogą rzetelnie ocenić wartość i zagrożenia związane z zażywaniem określonych leków?

Nie jest tak, że problem jest nowy i nic nie próbowano z nim zrobić: próbowano. Próbowano wprowadzać obowiązek rejestracji planowanych prób klinicznych, tak by gdy badania zostały zakończone, możnaby zweryfikować ich wyniki i sprawdzić, czy zostały opublikowane. Nakaz ten jednak był i nadal jest ignorowany. Również periodyki naukowe próbowały włączyć się do walki z tendencyjnością publikacji i ogłosiły, że niezarejestrowane badania kliniczne nie będą mogły być opublikowane (tak jakby to coś zmieniało ;) ), ale nawet tutaj nie ma konsekwencji: Goldacre powołuje się na artykuł naukowy z 2008 pokazujący, że blisko połowa opublikowanych badań klinicznych nie była prawidłowo zarejestrowana, a jedna czwarta nie była zarejestrowana wcale. 

Jak zatem walczyć z tym problemem? Goldacre sugeruje dwa rozwiązania:

1) konieczność publikacji wyników wszystkich badań klinicznych (współczesnych i przeszłych) przeprowadzonych na ludziach z użyciem wszystkich leków dostępnych obecnie na rynku - a konieczność ta nie powinna być tylko świstkiem papieru, a regułą konsekwentnie wdrażaną przez wszystkich zaangażowanych.

2) konieczność mówienia o tych problemach i uzmysławianie wszystkim, że one wciąż są i istnieją. 

Co tym samym czynię.

poniedziałek, 24 września 2012

JEŚĆ CZY NIE JEŚĆ? OTO JEST PYTANIE!

Obsesyjnie patrzysz na wagę, liczysz kalorie i masz kartę "użytkownika roku" w lokalnej siłowni? A może wręcz przeciwnie: nie masz już ciała Adonisa (tudzież Afrodyty), a twoje boczki są jakby większe niż ubiegłej zimy..? Tak czy tak, możesz być zainteresowany wstąpieniem do Calorie Restriction Society (CRS-Stowarzyszenia Ograniczania Kalorii), które za swój cel obrało ograniczenie spożywania 25-30% kalorii normalnie zalecanych dla zdrowej osoby danej płci i wieku (czyli taka młoda kobieta należąca do tego stowarzyszenia powinna dziennie zjadać 1400-1500 kalorii, zamiast przysługujących jej 2000 - to tak jakby była na ciągłej diecie!) . Czy jest to po prostu zgraja zakompleksionych anorektyków i anorektyczek szukających grupy wsparcia? Bynajmniej, jak zresztą zaznaczają na swojej oficjalnej stronie internetowej. Misją stowarzyszenia jest... DŁUGOWIECZNOŚĆ!

Owoce i warzywa są integralną częścią zdrowej, zrównoważonej diety, a jednocześnie mają niewiele kalorii.
Źródło: Wikipedia


ResearchBlogging.org Skąd pomysł, że niskokaloryczna dieta ma cokolwiek wspólnego z dłuższym życiem? Ano z wielu badań i to na stworzeniach różnej maści. Drożdże, nicienie, muszki owocówki, myszy - wszystke te organizmy miały dłuższy  (i to, bagatela, o 30-80% dłuższy!) żywot po ograniczeniu przyjmowanych kalorii (zwykle o 10-40% mniej niż przewiduje standardowa dieta). Na tym nie koniec! U samych tylko myszy w "odchudzonej" grupie 30% osobników umarło bez żadnych wyraźnych oznak chorób typowo związanych ze starzeniem się (rak, otyłość, cukrzyca, choroby autoimmunologiczne, etc) w porównaniu tylko z 6% w grupie kontrolnej. Czy mamy w takim razie do czynienia z magicznym eliksirem młodości?

Z przyczyn dość oczywistych trudno jest mierzyć efekty ograniczenia kalorycznego u ludzi, a przynajmniej na wyniki przyjdzie nam jeszcze poczekać - kto wie, być może członkowie CRS posłużą jako "szczury doświadczalne"?

Choć nie mamy jeszcze jasnych danych dla ludzi, mamy coś zbliżonego - dane dla rezusów. Rezusy, jako naczelne, są dużo wierniejszym odbiciem naszej ewolucji czy fizjologii, niż nicienie czy nawet myszy, tak więc przeprowadzone na nich badania powinny być dla nas bardziej informatywne. Żeby sprawę trochę skomplikować, prowadzona jest nie jedna, a dwie równoległe obserwacje tych małp naczelnych - w National Institute on Aging (NIA) i w Wisconsin National Primate Research Center (WNPRC).

W 2009 pojawił się  pierwszy raport z badań z WNPRC, gdzie przeszło 20 lat wcześniej rozpoczęto dietetyczny eksperyment. Wyniki były dość zdumiewające - w danym czasie aż 63% "odchudzonych" małp wciąż miało się dobrze, gdzie w grupie kontrolnej żyło tylko 45% małp. Co więcej, trzy razy więcej kontrolnych rezusów umarło z powodu chorób krążenia, dwa razy więcej z powodu raka. Wydawałoby się, że reguła "mniej kalorii - więcej życia" została potwierdzona też u naczelnych.

Stąd z pewnym zaskoczeniem zostały powitane doniesienia z drugiego eksperymentu, z NIA. Tam co prawda zwierzaki na diecie miały lepszy profil krwi pod względem trójglycerydów (które mają związek z chorobami krążenia), czy też w ogóle nie rozwinął się u nich rak. Ale różnicy w śmiertelności nie zaobserwowano. Dlaczego?

Rezus z Sanktuarium dla Dzikich
Zwierząt w Andhra Pradesh, Indie. Źródło: Wikipedia
Jedną z mozliwych przyczyn tych różnic może być inne podejście do grup kontrolnych: w badaniu z NIA, gdzie nie zaobserwowano różnić w długości życia, grupa kontrolna miała podawaną standardową ilość pożywienia (tak więc małpy z tej grupy nie były otyłe), gdzie we wcześniejszym eksperymencie rezusy kontrolne mogły jeść bez żadnych ograniczeń. Co więcej, osobniki kontrolne z NIA miały dostęp do zdrowszej żywności obfitującej w złożone związki roślinne, natomiast rezusy z WNPRC jadły przetworzoną żywność z mnóstwem rafinowanych cukrów. Tak więc wygląda na to, że efekty zdrowej, nieprzesadnej diety są wyraźniejsze, gdy porównujemy ją z przejedzonymi leniami kanapowymi.

Jaki morał płynie z tych badań? Po pierwsze: nadal nie wiemy na pewno czy ograniczenie jedzenia wydłuża życie, ale wiemy na pewno, że pomaga ono żyć zdrowiej. Po drugie: to, jak konstruowany jest eksperyment, a szczególnie grupa kontrolna, ma kluczowe znaczenie dla interpretacji samego badania. No i może po trzecie, dość trywialnie: jeden wynik to nie wszystko, tylko powtarzanie badań daje pełnejszy obraz rzeczywistości!

Z drugiej jednak strony co by było, gdyby faktycznie dieta uboższa w kalorie o 20-40% gwarantowała dłuższe życie? Wszak tak dramatyczne ograniczenie pożywienia może spowodować zaburzenia żywienia, takie jak anoreksja czy bulimia, większą podatność na choroby czy nawet depresję - wiedzą i piszą o tym członkowie CRS! Nawet wtedy pozostawałaby w indywidualnej gestii decyzja, czy żyć dłużej czy krócej - z wszystkimi tego konsekwencjami.

Tak czy tak, dbajmy o swoje ciała długoterminowo: nie przejadajmy się, uprawiajmy sport, a jest spora szansa, że będziemy żyć długo i szczęśliwie :)


ResearchBlogging.org






1) Julie A. Mattison,, George S. Roth,, T. Mark Beasley,, Edward M. Tilmont,, April M. Handy,, Richard L. Herbert,, Dan L. Longo,, David B. Allison,, Jennifer E. Young,, Mark Bryant,, Dennis Barnard,, Walter F. Ward,, Wenbo Qi,, Donald K. Ingram, & & Rafael de Cabo (2012). Impact of caloric restriction on health and survival in rhesus monkeys from the NIA study Nature Letter DOI: 10.1038/nature11432


2) Ricki J. Colman1,*,, Rozalyn M. Anderson1,, Sterling C. Johnson1,2,3,, Erik K. Kastman2,3,, Kristopher J. Kosmatka2,3,, T. Mark Beasley4,, David B. Allison,, Christina Cruzen,, Heather A. Simmons,, Joseph W. Kemnitz and, & Richard Weindruch (2009). Caloric Restriction Delays Disease Onset and Mortality in Rhesus Monkeys Science DOI: 10.1126/science.1173635


3) Lauren W. Roth, Alex J. Polotsky (2012). Can we live longer by eating less? A review of caloric restriction and longevity Maturitas DOI: 10.1016/j.maturitas.2011.12.017

piątek, 21 września 2012

PIĄTKOWA LINKOWNIA 7

Piątek! A to znaczy, że czas na przygotowane się do nadchodzącego weekendu przy relaksującej piątkowej linkowni :)

Ig Noble rozdane! Moim ulubieńcem jest "wyciszacz mowy" i skanowanie mózgu martwego łososia.. .:)

Poza tym, chcę podzielić się z wami linkiem prosto z Klid.pl: czy słyszeliście o portalu Pogromcy Mitów Medycznych? Bardzo mi brakowało podobnej inicjatywy w polskim internecie - ale cóż, portal jest nowy i miejmy nadzieję, że będzie przykładnie spełniał swoją oświecającą rolę!

Zapewne słyszeliście o tym badaniu pokazującym szkodliwość GMO? Wszyscy są zaniepokojeni, choć być może niesłusznie, bo wiele wskazuje na to, że badanie jest ciężko podejrzane...

Może się nad tym nigdy nie zastanawialiście, ale jakbyście byli zainteresowani, to szympanse też mają swoich geniuszy.

I link polecony przez moją psiapsiółę: jesli macie ochotę jechać na koniec świata pod przykrywką uczestniczenia w konferencji, ta strona może wam pomóc :) Znajdziecie tam opcję wyszukiwania wszelkiej maści konferencji ze względu na kraj!

Tak więc pozostaje mi życzyć wam udanej lektury i wybornego weekendu :) Nie siedźcie za dużo przed komputerem!! :)

wtorek, 11 września 2012

NAUKOWY OGON EUROPY?

Czytaliście dzisiejszą "Wyborczą"? Znów tam mowa o porażce polskiej nauki, tym razem w odniesieniu do rozdanych wczoraj przez Europejską Radę ds. Badań Naukowych grantów naukowych dla młodych naukowców. Statystyki brzmią groźnie, jeśli nie przerażają: do wzięcia było ponad 800 milionów €, które zostało rozdysponowane pomiędzy 536 naukowców z całej UE. Wśród tych 536 szczęśliwców znalazł się.. jeden Polak. A precyzyjniej: Polka. Dr Justyna Olko z UW badająca "etnohistorię i antropologię Mezoameryki prekolumbijskiej i wczesnokolonialnej oraz filologię i lingwistykę języka nahuatl (popularnie nazywanego azteckim)". Dziewiąta Polka w ogóle, która kiedykolwiek otrzymała tego rodzaju grant, pierwsza w dziedzinie humanistyki. Brawo!

Czasy się zmieniają - nie wystarcza już masowo uprawiać byle jakiej nauki,
trzeba skutecznie popularyzować i promowaćswoje pomysły, by
uzyskać środki na kontynuowanie swoich badań.  Źródło: flickr

"Gazeta" ubolewa nad tą porażką Polski, dobija czytelników poniżającym poziomem polskiej nauki. Wszystko to w tonie ostatnch artykułów dotyczących na przykład niskich notowań polskich uniwersytetów na świecie czy zaskakująco nieskiego poziomu ogólnej wiedzy naukowej  wśród naszych rodaków. Chcę się jednak zastanowić co jest naprawdę nietak. Po pierwsze, "Gazeta" nie podaje ile aplkacji zostało w ogóle nadesłanych. Tylko mając taką informację możemy rzetelnie ocenić nasz sukces (czy też porażkę). Średnio tylko 11% aplikacji zostaje nagrodzonych. Czy polska "skuteczność" plasuje się dużo powyżej czy poniżej tego poziomu? po drugie, zgadzam się Tomaszem Dietlem, który: 
[prof. Tomasz Dietl z Instytutu Fizyki PAN] tłumaczy, że w polskiej nauce brakuje liderów oraz mechanizmów wymuszających podejmowanie ambitnych tematów i projektów. Naukowcy boją się ryzyka i zmian, nie wierzą we własne siły, są niechętni do współpracy, a często zawistni. Żeby zdobyć grant, trzeba przekonać członków komisji oceniających, że ma się najlepszy pomysł. Wielu polskich uczonych tego nie umie.
Bo nie wierzę w mierny poziom polskich intelektualistów, szczególnie tych młodych (a do tych były kierowane granty): z mojego doświadczenia wynika, że bardzo wybijamy się na tle innych nacji pod względem kreatywności i pomysłowości. A pisanie aplikacji o granty to nie lada sztuka i to sztuka sama w sobie. Bo nawet jeżeli mamy wyśmienity pomysł na przełomowe badania, a nie jesteśmy w stanie go odpowiednio "sprzedać" - wtedy nici z naszego grantu (a w dłuższej perspektywie, pewnie i z naszej kariery). Na zagranicznych uniwersytetach organizowane są nagminnie spotkania, warsztaty czy kursy na temat pisania grantów, a za wiele z nich trzeba słono płacić. I nikt nie ma z tym problemów, bo wiadomo jest, że umiejętność skutecznego pisania aplikacji o granty jest w cenie. Nie jestem przekonana, czy taka świadomość istnieje na polskich uniwersytetach. Dodatkowo, aplikacje o granty to nie tylko określona forma "sprzedawania" swojego pomysłu, to również umiejętność wyjaśnienia w sposób przystępny, popularny dlaczego nasz pomysł jest taki dobry i dlaczego warto finansować nasze badania. A o popularyzowaniu nauki w Polsce już pisałam na tym blogu wiele razy (wystaczy kliknąć etykietę "popularyzacja"). 

Tak więc nie płakałabym niepotrzebnie nad polską naukę. Tylko wzięła siędo roboty i zaczęła uczyć się od najlepszych "miękkich" umiejętności "sprzedaży" swojej wiedzy i dobrych pomysłów.

czwartek, 6 września 2012

PIĄTKOWA LINKOWNIA 6

Wakacje, wakacje i po wakacjach! A tu się tyle działo w nauce - jest tyle artykułów, o których najchętniej napisałabym osobne posty, ale rzeczywistość zmusza mnie do wciągnięcia ich do Piątkowej Linkowni mając nadzieję, że oryginalne artykuły sprowokują Was do ich komentowania :) Przestrzeń komentatorska stoi otworem!

Czy psy mogą zapobiec rozwojowi niebezpiecznych dla ludzi bakterii? Wiele wskazuje na to, że tak - a to poprzez... przeganianie mew z plaż!

Technologia stanęła na głowie! Jak donosi ostatnie Science, jesteśmy już w stanie uzyskać niemalże kompletny genom człowieka, który żył ponad 50 000 lat temu! O tempora!!

Nie koniec na tym! Co więcej, jesteśmy na jak najlepszej drodze do tworzenia plemników ze.. skóry. W sporym uproszczeniu, oczywiście :) Po szczegóły proponuję zaglądnąć tutaj.

Co by się trochę otrząsnąć z szoku technologicznego, warto wyskoczyć na szklaneczkę piwka. Ale jaką szklaneczkę? To nie jest pytanie bez znaczenia, jako, że kształt szklanki może wpłynąć na szybkość z jaką ją opróżnisz!

Picie piwa jest zdecydowanie wielkim przywilejem. Czy przyszłym pokoleniom przyjdzie, w obliczu przeludnienia naszej planety i dramatycznego spadku ilości pitnej wody i dostępnego pożywienia, jeść robaki i pić.. siuśki?

I wreszcie na koniec: ochrona środowiska z najwyższej półki! Prezydent Władimir Putin wskazuje żurawiom właściwą trasę migracji!

Do przeczytania wkrótce!

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

POLSKA NAUKA W ŚWIECIE

Nauka jak sport, a naukowe rankingi jak olimpiada. Te i podobne porównania można znaleźć ostatnio na ramch Gazety Wyborczej. Najpierw Adam Wajrak i Piotr Cieślicki użyli takiego określenia przy komentowaniu ostatnich wyników światowego rankingu uczelni wyższych układanych rokrocznie przez Uniwersytet w Szanghaju. W skrócie: na 500 rozpatrywanych uczelni, dwa nasze najlepsze uniwersytety (Jagielloński i Warszawski) są w czwartej setce. I jak autorzy tekstu słusznie zauważają: jakoś w Polsce nikt się nie burzy, nikt nie protestuje, a politycy nie spieszą się by ze skruchą układać lepsze scenariusze poprawy. Od siebie muszę dodać, że takie plany najbardziej przydałyby się nie komentowanej fizyce czy matematyce, ale mojej ukochanej biologii właśnie! To jeszcze nie koniec. Dodatkowo Andrzej Udalski uzmysłowił nas w swoim liście, że szanse na poprawę są bardzo małe, bo brak obiektywnego systemu oceniania placówej naukowych oraz ich promowania. Piszę o tym trochę w złości, bo wydaje się jasne, że nie ma szans na wywarcie jakiegokolwiek ciśnienia na politykach, bo nie istnieje ani skuteczne 'lobby naukowe', ani opinia publiczna nie wydaje się być szczególnie zanteresowana patriotycznym promowaniem nauki w Polsce - bo jeśli Janek jest zdolny, to wyjedzie za granicę, tam będzie doceniony, z polem do popisu.. ehh.


środa, 2 maja 2012

CZY WCIĄŻ EWOLUUJEMY?

...to znaczy nie jakieś tam szmery-bajery tysiące lat temu, tylko teraz, współcześnie. Opinii jest wiele i każdą można zaciekle bronić, ale oto ukazał się ostatnio artykuł w PNAS, który rzuca nowe światło na naszą (dość współczesną) naturę i wspiera popleczników naszej ciągłej ewolucji.

Artykuł pokazuje jasno, że jeszcze około 200 lat temu zachodził u ludzi - a przynajmniej u przedindustrialnych Finów -  silny dobór naturalny i płciowy.

Co to znaczy?
Co w ogóle mamy na myśli gdy mówimy o ewolucji? Przecież w przeciągu ostatnich 200 lat nie powstała żadna podrasa wielko- i małogłowych, na przykład (mimo, że nie jednemu naziście-faszyście by się to bardzo podobało). Kiedy mówimy o ewolucji, mówimy tak naprawdę o istnieniu takich różnic między osobnikami, które w efekcie przynoszą im rożną liczbę przeżywającego potomstwa.

Ewolucja człowieka,
Źródło: Wikipedia


Dobór naturalny operuje w taki sposób, że eliminuje osobniki gorzej przystosowane, tak że w rezultacie mają one mniejszą szansę na posiadanie dzieci.  W ewolucji wszystko jest względne, tak więc nie chodzi o to, by 'gorzej dostosowani' nie mieli dzieci w ogóle, ale wystarczy, że będą mieli ich mniej niż osobniki lepiej dostosowane. Jeśli różnice między osobnikami lepiej i gorzej dostosowanymi są wystarczająco duże, z czasem częstość 'lepiej dostosowanych' genów w populacji się zwiększy, a 'gorzej dostosowanych' zmniejszy, czyli będzie miała miejsce ewolucja właśnie.

Dobór płciowy jest rodzajem doboru naturalnego, ale umownie używa się go w kontekście zabiegania o płeć przeciwną i konkurencję z osobnikami tej samej płci. Stawką tutaj nie jest samo przetrwanie (umowmy się, że bycie singlem nie zabija, przynajmniej nie od razu), ale liczba spłodzonego potomstwa. Tak więc osobniki mające więcej potomstwa (poprzez atrakcyjność dla płci przeciwnej, większa płodność, skuteczniejszą konkurencję z rywalami, etc.) będą przez dobór płciowy faworyzowane.

Co wiemy?
Opisywany artykuł opiera się na danych o blisko 6000 Finach żyjących w latach 1760–1849. Badacze zwrócili uwagę na 4 rzeczy: czy dana osoba przeżyła do 15 roku życia (tj. do czasu osiągnięcia dojrzałości płciowej), czy się ożeniła/wyszła za mąż, a jeśli tak to ile razy i ile miała potomstwa.

Różnice między osobnikami były zaskakujące! Blisko połowa ludzi umarła przed ukończeniem 15 lat (=dobór naturalny!), 20% tych, co przeżyli, nigdy nie weszła w stały związek (= brak dzieci!). Ciekawe jest to, że te dane wyglądały podobnie zarówno dla zamożnych (z ziemią), jak i dla ubogich (bez ziemi), wciąż pozostawiając sporo miejsca na dobór naturalny i ewolucję.

Gdy przeanalizujemy dane pod kątem doboru płciowego, robi się jeszcze ciekawiej. Mężczyźni, którzy byli w stanie przywabić więcej partnerek, mieli więcej potomstwa. Czyli jeśli mężczyzna powtórnie się ożenił (naturalnie, tylko i wyłącznie po śmierci poprzedniej partnerki!), jego liczba potomstwa rosła, choć głównie dzięki temu, że przeważnie żenił się z młodymi kobietami, które wciąż były płodne. Całkowita liczba potomstwa między mężczyznami wahała się między 0 a 17 (!!!), więc dobór miał w czym przebierać!

Ale to przede wszystkim panowie korzystali z powtórnych ożenków - kobietom nie przynosiły one większych korzyści dostosowawczych.


Moje trzy grosze

Fajny papier, ciekawe wyniki. Co jednak mnie boli najbardziej, to to, że nie jesteśmy w stanie zobaczyć, czy różnice w sukcesie rozrodczym  u mężczyzn były związane z jakąś konkretną cechą czy grupą cech! Pomyślcie, co to mogłoby być? Skoro różnice pozostają podobne nawet pośród zamożnych osobników.. status społeczny? charyzma? opiekuńczość? ;)
  
No i naturalnie pozostaje pytanie czy wyniki zaledwie sprzed 200 lat mają jakiekolwiek odniesienie do dnia dzisiejszego? Bo nie ma mowy o 50%-owej śmiertelności do 15 roku życia, to pewne. Jak oszacować (u mężczyzn)  sukces rozrodczy w erze singli, wolnego seksu i tabletek antykoncepcyjnych? Czy różnice w sukcesie rozrodczym między współczesnymi ludźmi są wystarczące by napędzić ewolucję?

Ale mieszamy!








ResearchBlogging.orgCourtiol, A., Pettay, J., Jokela, M., Rotkirch, A., & Lummaa, V. (2012). Natural and sexual selection in a monogamous historical human population Proceedings of the National Academy of Sciences DOI: 10.1073/pnas.1118174109